Notka o tytule: Kolejna notka dla podtrzymania bloga
Napisana dnia: poniedziałek, 18 kwietnia 2011
O godzinie: 22:35:46
A więc...
Kolejny raz piszę, żeby blog nie został usunięty. Nie wiem dokładnie po jakim czasie może się to stać, ale nie chcę ryzykować :)
komentarze [0]Notka o tytule: ...
Napisana dnia: wtorek, 24 marca 2009
O godzinie: 20:25:44
A więc...
Mylog powrócił! x3
Chciałam zobaczyć jak to wszystko będzie tu teraz wyglądać, wiec Aileen poszła na pierwszy ogień jako królik doświadczalny. I w sumie dobrze, poczytam sobie moje dzieło sprzed ponad dwóch lat ^^
Sialalaaa... xD
komentarze [1]Notka o tytule: Nowe ogłoszenie xD
Napisana dnia: niedziela, 31 sierpnia 2008
O godzinie: 12:33:51
A więc...
Okay, nie do końca ogłoszenie, ale jestem zbyt leniwa, żeby wymyślać pasujący tytuł (chociaż z drugiej strony, można to uznać za ogłoszenie xD nieważne).
Pisze tę notkę, żeby zachować bloga, nie pozwolę mylogowi go przejąć xD I tak nikt tu już nie wchodzi, ale mimo wszystko ja sama bardzo go lubię.
Nie sądzę, że w najbliższym czasie zdołam reaktywować bloga, bo w dalszym ciągu jestem zajęta tym "tajnym projektem", o którym wspomniałam ze dwa lata temu (czy kiedy tam zawiesiłam tego bloga xD) i teraz dochodzi jeszcze szkoła.
*podpala szkołę i śmieje się złowieszczo*
No, wracając do tematu, Aileen na pewno doczeka się swojego dalszego ciągu. Ale nie wiem kiedy, wybaczcie.
PeEs.Przypomniałam sobie coś ważnego xD Moi przyjaciele starają się rozkręcić takie jedno forum, jeśli jesteście zainteresowani rysowaniem, malowaniem albo grafiką komputerową (w jakiejkolwiek formie by się to nie przejawiało) dołączcie do
forumowej społeczności. Wszyscy mile widziani xD
komentarze [1]Notka o tytule: Ogłoszenie ^^
Napisana dnia: niedziela, 4 lutego 2007
O godzinie: 13:18:24
A więc...
EDIT Z 24.12.07
Wesołych świąt! xD
Banalne, wiem, ale po co dodawać coś jeszcze, skoro w tych dwóch słowach zawarte tak naprawdę jest wszystko? Bo każdy inaczej czuje, jakie święta są "wesołe".
Wesołych świąt - dla wszystkich, którzy odwiedzili tego bloga przynajmniej raz, kiedykolwiek i z jakichkolwiek przyczyn. A w szczególności dla tych, którzy czytali i którym się podobało :)
I nie sądzę, że ktokolwiek to przeczyta, bo teraz już prawie nikt tu nie wchodzi, ale mimo wszystko, warto nawet dla jednej osoby ^-^
Kocham was ;*
EDIT Z 29.09.07
Okay, przyznaję, że próbowałam reaktywować bloga. Nie wiele mi jednak z tego wyszło, więc rezygnuję. Mimo wszystko, mam nadzieję, że szablon się wam podoba (bo moim zdaniem jest dużo ładniejszy niż ten poprzedni xD), zrezygnowałam też z muzyki, bo mnie strasznie irytowała (głównie dlatego, że nigdy nie działała wtedy, kiedy chciałam xD).
Może kiedyś znów postanowię reaktywować bloga, bo przyznaję, że tęsknię za moją małą marysueistyczną Aileen xD Do tego czasu, trzymajcie się :]
Muaa;*
Jestem zmuszona zawiesić bloga ^^ Obecnie pracuję nad... (zniża głos do szeptu) innym projektem ;P Jeśli kiedyś wrócę, to z pewnością dam znać wszystkim, którzy wpisali się do Księgi ;)
Miłosna rywalizacjo:
Racja, Aileen miała 13 lat, ale w V lub VI rozdziale (nie pamiętam dokładnie, wybacz) napisałam, że postanowiłam to zmienić na 16. Przerobiłam tak wszystkie notki.
Aleaalio:
Też chciałabym zobaczyć kiedyś moją książkę w księgarni, chociaż do tego raczej sporo mi jeszcze brakuje ;) Ale będę sie starać ;P
To by było na tyle ^^
Buziaki!;*
komentarze [26]Notka o tytule: Rozdział VII
Napisana dnia: poniedziałek, 22 stycznia 2007
O godzinie: 15:57:27
A więc...
Postać Aleksa rozszerzy się dużo bardziej, niż na początku planowałam ;) No taka informacja dla tych, którzy go nie lubią. Takowym delikwentom szczególnie życzę miłego czytania ;P
..::Mieszkanie Aileen::..
Leen wróciła do domu w złym humorze. Jej tata był w pracy, a mama prawdopodobnie zabrała Davida na spacer. Dziewczyna wyjęła Dziennik MSR z torby, którą chwilę później kopnęła pod ścianę swojego pokoju, i rozłożyła się wygodnie na łóżku. Zaczęła czytać:
Gang porywaczy rozpracowany!
Dziesiątego września tego roku zakończyła się działalność gangu porywaczy, znanemu już z pewnością każdemu agentowi. Alex Prescott, bardzo dobrze kojarzony dzięki swojej skuteczności, wraz z Aileen Neveu, która do tej pory pozostawała nieznana, udaremnili kolejne porwania, odkrywając miejsce pobytu porywaczy.
Na pytanie, czy było to ciężkie zadanie, oboje odpowiadają „Tylko trochę” i wyznają, że mieli świetnego partnera.
Trzydzieści porwanych osób trafiło do szpitala, w tym pięć w stanie krytycznym. Wszyscy byli ogromnie wycieńczeni. Nasi specjaliści twierdzą, że posiłki mogli dostawać najwyżej cztery razy na tydzień.
Co by się stało, gdyby nie dwójka nastolatków?
„Z pewnością ludziom porwanym najwcześniej nie dałoby się już pomóc” – odpowiada James Wright, główny komendant MSR w Seoth City. – „Na szczęście, nasi agenci są coraz lepsi! Mam więc nadzieję, że liczby takich przypadków będą ciągle malały, zamiast rosnąć. Pozostaje mi jeszcze pogratulować Aileen i Aleksowi! Dobra robota.”
Rzeczywiście, była to dobra robota. Co dziwne, Neveu i Prescott rozbili gang nie używając żadnego sprzętu MSR.
„Nowoczesna technologia to nie wszystko” – śmieje się Alex. – „Wystarczyło tylko trochę sprytu i zaufania. Chociaż, gdyby nie wyjątkowe szczęście, nie udałoby się nam.”
A więc, kluczem do sukcesu jest spryt, zaufanie i szczęście?
Czytaj więcej na stronie 5.
Aileen uśmiechnęła się pod nosem. Wyrwała stronę z artykułem z Dziennika i podeszła do szafy. Przykleiła artykuł do wewnętrznej strony ścianki mebla i uśmiechnęła się szerzej.
Usiadła przy biurku i zaczęła odrabiać zadania.
Pół godziny później miała już dość. Nie potrafiła zrobić ani jednego zadania z matematyki, mimo odpowiedzi z tyłu podręcznika. Nauczycielka zażyczyła sobie obliczenia.
Aileen skreśliła całą stronę z głośnym westchnieniem. Nic się nie zgadza. Nawet jeden głupi wynik nie pasuje.
Usłyszała brzdęk kluczy i przekręcany zamek drzwi. Chwilę później do mieszkania wpadł uradowany Dave i Natalie. Chłopiec od razu pobiegł do kuchni po lody.
- Najpierw zjedz obiad… – usłyszała jeszcze Leen, zanim zamknęła drzwi. Westchnęła i wróciła do zadania.
..::Następny dzień::..
..::Biologia::..
Gdy pani Tissue, nauczycielka biologii, robiła powtórkę materiału z gimnazjum, Aileen przysypiała na ławce. Nie potrafiła skupić się na lekcji. W ogóle na niczym nie mogła się skupić. W końcu zadzwonił dzwonek.
- Leen, koniec lekcji – Katie ją szturchnęła. Aileen nie chciało się nawet ruszyć z ławki. – Rusz się, leniu.
Niechętnie wstała. Razem z przyjaciółką wyszła na podwórko, gdzie większość uczniów spędzała przerwy, łapiąc ciepłe promienie słońca. Chociaż i tak prawie wszyscy siedzieli w cieniu.
- Co teraz będzie? – spytała Leen, gdy razem z Kate szła przez środek boiska w kierunku barierek.
- Fizyka – odpowiedziała blondynka i ziewnęła. Było dopiero dziewiąta rano. – Ja chcę wakacje…
Niska ruda dziewczyna, stojąca niedaleko odwróciła się w ich stronę. Gdy zauważyła Kateuśmiechnęła się.
- Katie!
Blondynka też na nią spojrzała.
- Zaraz wracam, Leen – powiedziała. – To moja znajoma ze starej klasy.
- Okay, nie ma sprawy. – Aileen poprawiła uchwyt torby, który zsuwał się jej z ramienia i ziewnęła przeciągle. Jej przyjaciółka podbiegła do rudej i obie zaczęły piszczeć. Leen była już niedaleko barierek.
- Megan?
Aileen zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad czymś. Hm, nie. Wydawało jej się. Przecież Alex nie ma prawa tu być. Poza tym, jest na niego wściekła.
- Meg, czekaj!
- O Boże – Zatrzymała się, czując przyśpieszone bicie serca powodowane zmieszaniem. Patt nie Patt, ale ciągle agent, a ona zachowywała się niezbyt profesjonalnie. Co za wstyd. Ci wszyscy, którzy czytają Dziennik niech sobie myślą, co chcą, ale prawda jest taka, że cała ta misja ją pokonała i jedynie Alex jakoś ją wyratował. Przez to wszystko chyba dopadła ją paranoja. Co niby Alex Prescott miałby robić w jej szkole? Z duszą na ramieniu odwróciła się, ale nigdzie go nie zobaczyła. Tak, to z pewnością paranoja. Znów się odwróciła, zupełnie nie spodziewając się zobaczyć takiego widoku. Stał tuż przed nią. Natychmiast odskoczyła, w ostatniej chwili powstrzymując się od pisku.
– Nie strasz mnie!
- To chcący.
Szybko odwróciła głowę w przeciwną stronę, żeby nie zobaczył zażenowania wymalowanego na jej twarzy.
- Nie spodziewałam się, że w ogóle cię jeszcze zobaczę - powiedziała, starając się zabrzmieć pewnie.
- Ja też. Właściwie nie byłem pewny czy to ty - Alex założył ręce za głowę i spojrzał w niebo. - Wyglądasz inaczej niż ostatnio.
- I bardzo dobrze. Ostatnio wyglądałam jak bezdomna ćpunka.
Chwilę stali w ciszy, na którą chłopak zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi. Wciąż wystawiał twarz do słońca i uśmiechał się lekko. Za to Leen była wielkim kłębkiem nerwów. Kiedy Alex był Pattem nie był ani trochę onieśmielający, ale kiedy znów stał się "sobą" - żywą legendą MSR - jakoś trudniej było znaleźć temat do rozmowy.
- Czemu mi nie powiedziałeś, że jesteś z MSR? - wystękała wreszcie. Alex nawet na nią nie spojrzał.
- Bo nie wiedziałem, że ty też - odparł beztrosko, zamykając oczy. - Czemu ty mi nie powiedziałaś, że jesteś z MSR?
- Bo nie wiedziałam, że ty też - Aileen usiadła na barierce, korzystając z okazji i przyglądając mu się z bliska. Odrobinę za późno zdała sobie sprawę, że otworzył oczy i odwzajemnia spojrzenie.
- Nie wiedziałaś? - parsknął śmiechem. - Wybacz, ale w to nie uwierzę.
- Co masz na myśli? - Leen pochyliła się trochę, opierając łokcie na kolanach, i zmarszczyła brwi. Alex przewrócił oczami.
- Piszą o mnie w tym głupim Dzienniku praktycznie w każdym numerze. Musiałaś kiedyś widzieć zdjęcie.
- Wiesz... Właśnie tak się składa, że nie bardzo - Aileen nie czuła się zbyt pewnie w tej rozmowie. Miała wrażenie, że wkracza na grząski grunt. - Nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak Dziennik MSR. To głupota.
- Masz rację. Nie wiedzieć o Dzienniku to głupota - Alex próbował odwrócić jej uwagę od jej zażenowania sarkazmem, ale Leen go przejrzała. Zaśmiała się cicho pod nosem i spojrzała w niebo. Nie wiedziała, w którym momencie przestało jej zależeć na zrobieniu na nim wrażenia, ale z ulgą zauważyła, że nie jest już tak spięta. Teraz znów był jak Patt.
Katie podbiegła do nich w podskokach.
- Leen, kim jest twój przyjaciel? – spytała, patrząc na szatyna.
- Alex Prescott. – Chłopak sam się przedstawił, rzucając rozbawione spojrzenie w stronę Aileen.
- Ja jestem Katie Clark. –
Rozległ się dźwięk dzwonka. Kate pomachała chłopakowi na pożegnanie i dogoniła przyjaciółkę, która oddalała się szybkim krokiem w stronę szkoły.
Alex chwilę na nie patrzył. Chyba nigdy nie zrozumie dziewczyn. Włożył ręce do kieszeni. Natrafił na małe opakowanie.
- Meggie, czekaj – wrzasnął. Jak mógł o czymś takim zapomnieć? Aileen zatrzymała się i odwróciła, choć z lekką niechęcią. Chłopak podbiegł do niej.
- Czego?
Zamiast odpowiedzieć, Alex wcisnął jej do ręki pudełeczko i wszedł do szkoły, zanim brunetka zdążyła się odezwać.
- Czemu nazwał cię Meggie? – spytała Katie, która nie zauważyła prezentu.
- Nie wiem. – skłamała Leen, upychając opakowanie w kieszeni.
Alex szedł korytarzem. Oczywiście, że wiedział, jak brunetka nazywa się naprawdę. To, że chodzi do jego szkoły również wiedział. Dlatego postanowił wyciągnąć od techników MSR mały preparat na jej otarcie na policzku. Powinno zagoić się dużo szybciej niż zwyczajnie. Technicy mają fioła na punkcie prywatności, przekonywał ich chyba z pół godziny, że nie sprzeda składu substancji mediom.
A to, że dziewczyna jest agentką? Domyślił się, gdy zobaczył jej reakcję na prawdziwego Patta, który był przywiązany do ściany. Jego plan się powiódł. Odnalazł chłopaka zanim ten zdążył się spotkać z porywaczami po raz pierwszy i podszył się pod niego. Wymienił się z nim ubraniami, wrobił go przed członkami gangu i miał go z głowy. Powiadomił swój zespół o miejscu pobytu porywaczy, ale chyba za późno, bo nie doczekał się tam nikogo. Jedynie Aileen, która okazała się nieoczekiwanym sojusznikiem, bardzo mu pomogła.
Chłopak skręcił w prawo. Za zakrętem była sala, w której miał teraz lekcję. Wśród wielu uczniów w oczu rzuciła mu się tylko jedna osoba. Pewna brunetka, stojąca tuż przy drzwiach klasy. Włosy opadały jej kaskadą loków na ramiona, na nosie miała duże okulary słoneczne. Błękitna bluzka odkrywała brzuch, a przykrótką spódniczkę tego samego koloru z powodzeniem można by nazwać przepaską. Rozglądała się niecierpliwie.
Alex zacisnął pięści i schował się z powrotem za róg. Jak on nie cierpi tej dziewczyny. Przyczepiła się do niego jeszcze przed wakacjami. Próbował już chyba wszystkiego, ale nic nie podziałało tak, jakby tego chciał. Wymyślał sobie różne, nieistniejące u niego, wady, kilkanaście razy ośmieszył się przy niej i mówił głupoty. Anette de Fyale jednak się uparła i nie miała zamiaru zostawić szatyna w spokoju.
Alex zgrzytnął zębami i wyszedł zza rogu. Oparł się o ścianę i zajął się rozmową ze swoim przyjacielem Joey’em, ale nie pomylił się. Anette już po chwili stała przed nim z wielkim uśmiechem na twarzy. Z trudem opanował chęć powiedzenia jej czegoś wrednego.
W drodze do sali fizycznej, Aileen i Katie weszły do łazienki. Brunetka zamknęła się w jednej z kabin i wyjęła pudełko, które dostała od Aleksa. W środku znajdowała się mała buteleczka, na jej etykiecie widniał napis „MSR. Prototyp.” Odkręciła zakrętkę z zamiarem powąchania substancji, jednak nie miała ona zapachu.
- Alex, czy ty nie chcesz przypadkiem mnie otruć…? – mruknęła pod nosem. Wylała trochę zawartości butelki na skrawek papieru toaletowego, spodziewając się jakiejś reakcji chemicznej. Nic się nie stało. Ciągle niezbyt przekonana, postanowiła zaufać chłopakowi. Pozwoliła skapnąć jednej kropli preparatu na dłoń, ale ponownie nic się nie stało.
Zmarszczyła brwi w zamyśleniu. Co to ma być? Już miała wyrzucić buteleczkę do kosza, kiedy uświadomiła sobie, że nie może zostawić żadnego wynalazku MSR w szkole. Lepiej będzie ją po prostu oddać Aleksowi.
..::Kilka godzin później::..
..::Sekretariat::..
- Pani nie rozumie. Ja chce tylko wiedzieć, w której jest klasie - warknęła Leen, rzucając sekretarce szkolnej zirytowane spojrzenie. - Przecież to nie są żadne tajne dane!
- Słuchaj, to nie moja sprawa - Kobieta obrzuciła ją niechętnym spojrzeniem. - Ani twoja, najwyraźniej. Gdyby ten chłopak chciał, żebyś wiedziała w której jest klasie, powiedziałby ci.
- Ale właśnie o to chodzi. Chcę z nim porozmawiać, a nie wiem, gdzie jest - Aileen ścisnęła mocniej preparat MSR w kieszeni. Od kilku minut powstrzymywała się od wybuchu.
- A skąd pomysł, że on chce z tobą rozmawiać?
- Musi mieć pani traumatyczne doświadczenia z facetami, którzy się przed panią chowają, ale mnie to nie dotyczy.
Wściekła wypadła z sekretariatu i od razu na kogoś wpadła. Irytująca sekretarka nieźle nadszarpnęła jej nerwy, a biorąc pod uwagę kilka jej ostatnich dni, poziom zdenerwowania bardzo urósł.
- Patrz, gdzie łazisz, kretynie - wydarła się na cały korytarz, odpychając delikwenta, i minęła go szybkim krokiem.
- Przepraszam - odwrzasnął Alex, opierając się o ścianę z lekkim uśmiechem. Trochę tylko skrzywił się na widok rany na jej policzku. Leen zatrzymała się momentalnie.
- W której jesteś klasie? - spytała, zupełnie zbijając go z tropu. - Przyda mi się na przyszłość.
- IIa, teoretycznie jestem twoim opiekunem, pierwszaku.
- Zamknij się - Wyjęła z kieszeni buteleczkę i rzuciła. Alex zręcznie ją złapał, a kiedy zorientował się, co to, nieco się zdziwił
- Coś nie tak? Wiem, że to prototyp, ale stuprocentowo bezpieczny. Naprawdę.
- Hmm, tak. Dzięki.
- Więc gdzie jest problem?
Aileen gorączkowo próbowała coś wymyślić. Nie może po raz kolejny wyjść przed nim na idiotkę. Ponownie wróciło wrażenie, że jest wspaniałym agentem-legendą, a ona tylko głupią dziewczyną.
- Nie ma żadnego problemu, serio. Bardzo mi to... pomogło.
- No cóż, skoro tak mówisz - Alex rzucił jej rozbawione spojrzenie, przez chwilę próbował zachować powagę, aż wreszcie parsknął śmiechem. - Naprawdę zaczynam się czuć jak twój opiekun, pierwszaku. Podejdź tu.
- Przestań nazywać mnie pierwszakiem - ofuknęła go Leen, ale posłusznie się zbliżyła. - Co chcesz zrobić? Przywalić mi tą butelką?
Chłopak tylko się uśmiechnął pod nosem. Odkręcił buteleczkę i wylał trochę płynu na chusteczkę higieniczną, którą chwilę wcześniej wyjął z kieszeni, po czym bez ostrzeżenia przyłożył ją do policzka Leen. Dziewczyna odskoczyła w tył, zaskoczona.
- Trzymaj - Alex podał jej chusteczkę. Niepewnie przyłożyła ją do policzka.
- ...i co?
- To preparat leczniczy. Pomyślałem, że ci się przyda, bo z tą szramą wyglądasz paskudnie. Do zobaczenia.
Zniknął w sekretariacie zbyt szybko, żeby Leen zdążyła go kopnąć za tą ostatnią uwagę.
..::Avalon::..
Przyszedł piątek. Klasa Aileen właśnie skończyła lekcje. Brunetka nie miała większego kontaktu ani z Joshem, który był chory, ani z Aleksem, którego unikała. Było jej zbyt głupio, żeby normalnie z nim porozmawiać.
- Idziemy do kina uczcić weekend? – spytała Katie, gdy razem z przyjaciółką wyszły na podwórko.
- Dzisiaj nie mogę. – odparła Leen. Blondynka zmarszczyła brwi.
- Czemu?
- Jadę do cioci na resztę dnia. Może jutro?
Dziewczyna przeklęła się w duchu. Nienawidzi okłamywać Kathy. A prawda jest taka, że w każdy drugi piątek miesiąca ma treningi w MSR. Wyjątkami są święta i różne podobne okazje. Ale tego nie mogła powiedzieć.
- Hm, dobrze. Jutro – Kate wzruszyła ramionami. – Później umówimy się dokładnie. Na razie.
Dziewczyny pożegnały się. Aileen patrzyła chwilę, jak blondynka się oddala, po czym ruszyła we własną stronę – na parking przed sklepem U Massa. Tam miał czekać helikopter - teleportery okazały się niedopracowane. Większość przestała działać, a pozostałe przenosiły w całkiem inne miejsca, niż dany agent sobie życzył. Ostatnio było głośno o przypadku zmaterializowania się w zabawkowym wózku na lalki małej dziewczynki. Po tym incydencie Rada zakazała używania teleporterów, a helikoptery wróciły do łask. Matt ciągle narzekał, że skrócili mu urlop.
Aileen wspięła się po drabince linowej, którą opuścił pilot, gdy zauważył ją przez okno.
- Cześć, Matt – powiedziała, siadając na jednym z foteli.
- Cześć, cześć – ziewnął chłopak. Nie wydawał się wyspany.
- Spałeś dzisiaj w ogóle? – spytała Leen, wiążąc włosy w wysoki kucyk.
- Nie. Kułem na zaliczenie.
- Biedak – mruknęła. Helikopter ruszył.
Brunetka wyjrzała przez okno, przy którym siedziała. Pod nimi żyło miasto. Hm, prawie dosłownie. Był duży ruch drogowy, a spacerujących ludzi było więcej, niż zwykle. Aileen się temu nie dziwiła – piątkowe popołudnia są genialne na spotkania. Odwróciła wzrok od okna.
Przeszła na tyły helikoptera, gdzie przebrała się w mundur MSR uderzając głową w dziwne, wystające rzeczy tylko kilka razy.
Jakąś minutę później wylądowali w wielkim hangarze. Było tam mnóstwo innych helikopterów, a jeszcze nie wszystkie wróciły. Leen podeszła do drzwi i szarpnęła mocno.
- Na razie – odezwał się Matt. Dziewczyna kiwnęła tylko głową. Zeskoczyła na betonową podłogę i udała się do kontrolki.
Idąc korytarzem, mijała dużo osób. Większości nie znała, ale miała też okazję pogadać z Brianem i Ashią. Sam korytarz nie wyglądał zbyt codziennie. Pod bardzo wytrzymałą szybą, która robiła za podłogę, znajdowały się długie lampy, dające jasne światło. Sufitem było jedno wielkie lustro, a ściany pomalowano na srebrno. Całe wnętrze MSR przywodziło Aileen na myśl statek kosmiczny. Inni myśleli podobnie.
Dziewczyna doszła do zamkniętej bramy. Przytknęła kciuk do czytnika, wbudowanego w ścianę, a brama się otworzyła, ukazując szeroki hall, w którym znajdowało się pięć drzwi. Nad każdym widniał inny napis. Aileen weszła tam, gdzie pisało ‘I: Strzelnica’, znalazła się w małym pokoiku, w którym było kolejne przejście. Wzięła słuchawki tłumiące dźwięk od mechanicznej ręki, specjalizującej się w podawaniu sprzętu. Założyła je i nacisnęła klamkę drzwi, znalazła się w odpowiednim miejscu. Strzelnica MSR wyglądała dokładnie tak samo, jak policyjna. Może była tylko większa. Musiała przecież pomieścić wielu agentów.
Aileen wzięła pistolet z półki i stanęła przy wolnym torze. Nacisnęła butem przycisk w podłodze, który uaktywniał cel. Styropianowa sylwetka człowieka ze świstem zaczęła się ruszać w prawo i lewo, zbliżać się i oddalać. Dziewczyna odbezpieczyła broń, wysunęła jedną nogę do przodu i podniosła wyciągniętą rękę z pistoletem na wysokość oczu. Jedno oko zamknęła, wymierzyła i oddała strzał. Trafiła styropianowego człowieka w nogę. Na ścianie zapaliła się zielona lampka. Uśmiechnęła się. Strzeliła jeszcze raz, w rękę. Lampka znów rozbłysnęła.
Leen oddała kolejny strzał. Kula trafiła w środek głowy. Jaśniejący kolor zmienił się na czerwony. Dziewczyna się skrzywiła. Agenci nie mogą zabijać ludzi, a strzał w głowę z pewnością byłby śmiertelny. Opuściła dłoń z pistoletem.
Nagle poczuła, jak ktoś kładzie jej rękę na ramieniu. Odwróciła się i zobaczyła Jamesa Wrighta. Od razu stanęła na baczność.
- Witaj, Aileen – odezwał się mężczyzna. – Gdy skończysz, zgłoś się do Agnes McSeam.
- Tak jest, sir. – odpowiedziała brunetka. James uśmiechnął się i poszedł dalej. Leen wróciła do strzelania.
Agnes McSeam była patronką dziewczyny. Gdy zaczynała, to ona uczyła ją wszystkiego. Rok temu skończyły wszystkie treningi, Agnes uznała, że Aileen jest gotowa na samodzielne akcje. Od tamtego czasu widywały się bardzo rzadko. Więc dlaczego teraz znów mają się spotkać? Chyba nie przez jeden nieudany strzał?
Leen odłożyła pistolet i wyszła ze strzelnicy. Tak, miała najpierw dokończyć trening, ale nie da rady się teraz skupić. Tylko jak ma się spotkać z Agnes? Ostatni raz widziały się w siedzibie MSR we Francji, gdzie Leen wcześniej mieszkała. Dziewczyna spojrzała na swój zegarek.
- Agnes McSeam – powiedziała wyraźnie. – Pięć, dwa, siedem.
Różne kombinacje cyfr były używane w MSR jako swego rodzaju dowód osobisty, jednak traktowano to jako informację wyższej jakości. Nie każdy zasługiwał, by poznać czyjś kod. Podając go, łatwo dało się skontaktować.
Nad zegarkiem powstał niewyraźna mgiełka, która po chwili stała się dużo dokładniejsza.
- Cześć, Aileen – odezwał się hologram Agnes, uśmiechając się. – Czekam na ciebie w sali piętnastej na piętrze przydziału.
- Przydział? – powtórzyła brunetka. – Co się dzieje? Czemu akurat tam?
- Zobaczysz. Do zobaczenia.
Hologram znikł. Leen ruszyła korytarzem, aż dotarła do najbliższej windy. Znajdowały się co kilka metrów w każdym korytarzu. Jej drzwi automatycznie się otworzyły, gdy czujniki w podłodze odnotowały nowy ciężar.
Dziewczyna spojrzała na panel. Zamiast numerów pięter, były nazwy. Teraz znajdowała się na tym, które było oznaczone jako ‘Sale treningowe’. Wcisnęła przycisk ‘Przydział’. Winda cicho ruszyła w górę.
Aileen zastanawiała się, o co chodzi. Była kompletnie skołowana. Na piętrze przydziału, jak można się domyślić, przydzielano obowiązki. Jednak bez pozwolenia, nie dało się wyjść tam z windy. To dlatego, że znajdowały się tam też karty biograficzne agentów, do których dopisywane były nowe obowiązki. Ściśle tajne.
Ale po co ona ma tam iść? Agnes podniesie ją na wyższy poziom? Dzięki tej sprawie z gangiem? Aileen oczami wyobraźni już widziała, jak plakietka na jej kombinezonie się zmienia. Zamiast dwóch gwiazdek pod napisem MSR, byłyby trzy. Oznaczają poziom, najwyższym jest czwarty, ale obecnie chyba żaden agent nie jest tak odznaczony. Nawet Alex Prescott.
Dziewczyna nie mogła powstrzymać uśmiechu, gdy przykładała kciuk do skanera.
-
Wstęp wolny. - odezwał się mechaniczny głos, otwierając drzwi windy. Agnes musiała przesłać pozwolenie na wejście do bazy. Brunetka zrobiła głęboki wdech i weszła na korytarz. Trzy kamery równocześnie zwróciły obiektywy w jej stronę. Aileen uśmiechnęła się pod nosem i pomachała do nich. Szła dalej przed siebie, mijając ponumerowane drzwi. Nigdy wcześniej nie była na tym piętrze.
- Osiem, dziewięć, dziesięć… - mruczała pod nosem, patrząc na drzwi. W końcu doszła do piętnastki. Tylko co teraz? Wejść, czy zapukać i czekać aż ktoś sam otworzy? Stanęła niepewnie przed drzwiami. Dopiero teraz zauważyła, że zamiast klamki jest kolejny czytnik. Technicy MSR to sami paranoicy. Co może się znajdować w jednym głupim pokoju, żeby obecność każdego agenta musiała być odnotowywana?
Dziewczyna po raz kolejny przytknęła kciuk do małego ekraniku. Po chwili mechanizm zwolnił zamek, a drzwi się otworzyły.
- Dobrze cię widzieć, Leen – powiedziała Agnes, siedząc przy długim srebrnym stole. Cały pokój utrzymany był tym samym klimacie, co korytarze, jednak był trochę ciemniejszy. Aileen zawsze uważała, że takie miejsca są niesamowicie tajemnicze, ale gdy zaczęła częściej bywać w siedzibie MSR we Francji – urządzonej dokładnie tak samo – zmieniła zdanie. Nie ma nic tajemniczego w ciemnych pokojach. Chyba, że szafki z dokumentami. Czasem można się z nich dużo dowiedzieć.
- Ciebie też – Brunetka przysiadła się do stołu. Była tam jeszcze jedna osoba. Dziewczyna. Mimo półmroku panującego w pomieszczeniu, Aileen od razu zauważyła dwie rzeczy. Niesamowicie długie szpilki na nogach nieznajomej i ostry róż na jej ubraniach. – Kto to?
- Ashley Loud – powiedziała Agnes, obserwując jak Ashley poprawia swoje polakierowane blond włosy. Leen zwróciła uwagę, że jej paznokcie są pomalowane na różowo.
- No dobra – westchnęła. Chyba jednak nie chodzi o wyższy poziom. – Po co mnie tu ściągnęłaś?
- Wright uznał, że czas kogoś ci przydzielić.
- Nie bardzo rozumiem… – odparła Aileen, patrząc na uśmiechającą się blondynkę. Rozumiała doskonale. Agnes westchnęła.
- Ashley wstąpiła do MSR tydzień temu. Jest dokładnie w twoim wieku. Rada uznała, że jesteś gotowa, by pomóc jej się zaaklimatyzować. Tak, jak ja kiedyś pomogłam tobie.
Leen kiwnęła wolno głową. Czeka ją ciężki okres. Przypomniała sobie, jak kiedyś doprowadzała Agnes do szału za każdym razem, gdy tylko otwierała usta.
- Dopisałam już to, co trzeba do twojej karty. Życzę ci powodzenia.
Agnes wyszła z pokoju.
- Masz ładne włosy – odezwała się Ashley. – Dlaczego je spinasz?
- Bo mogą mi przeszkadzać, na co dzień nosze je rozpuszczone. Tobie też radzę spiąć.
Blondynka zrobiła smutną minę.
- Ale ja wolę tak. - Wskazała na swoją fryzurę. Aileen z trudem opanowała westchnięcie. To będzie jeszcze trudniejsze, niż myślała.
- Zrobisz, jak ci będzie wygodniej.
Ashley się uśmiechnęła i wstała. Brunetka obserwowała ją uważnie. Co tym razem?
- Kompletnie się nie łapię w tym budynku, ale nie mam teraz do tego głowy. Chodźmy się przejść po mieście, opowiesz mi wszystko.
..::Seoth City::..
..::Clyde Road::..
- Ale co ty masz do butów na szpilkach?
- Są niewygodne.
- Nieprawda.
- Prawda. Spróbuj biegać w czymś takim.
- A proszę bardzo. Robiłam to już dużo razy.
- Gratuluję.
- Mówię serio. Szpilki są świetne i ładnie wyglądają. – Ashley poprawiła włosy, patrząc na swoje odbicie w szybie sklepowej.
- Jako agentka nie masz ładnie wyglądać, tylko być skuteczna.
- A może jedno i drugie na raz?
- Raczej się nie da.
- Na pewno się da.
- Zapomnij.
- Nie masz wyobraźni. A jakby przerobić nasze mundury…?
- Po co je przerabiać? – Leen starała się zachowywać spokojnie. - Mają kilka pomocnych funkcji i wyglądają dobrze.
- Ale ‘dobrze’ to za mało! Mogłyby być bardziej dziewczęce i wyglądać doskonale.
- Daj sobie spokój. To niewykonalne.
- A może chociaż dałoby się coś zrobić z tymi zegarkami? Kolor mojego kombinezonu do niej nie pasuje. - Blondynka zrobiła minę pełną oburzenia.
- Na litość boską, po co ci kombinezon w kolorze zegarka?
- No jak to? Żeby pasowały! Przecież, żeby poznać fajnych facetów, muszę ładnie wyglądać.
- Jak nosisz mundur, to masz myśleć o swojej misji, a nie o chłopakach! – Aileen zamknęła oczy i zaczęła liczyć w myślach do dziesięciu.
- Masz chłopaka?
- A co to ma do rzeczy?
- No, masz?
- Nie.
- No widzisz!
- Nic nie widzę.
- Chodzi mi o to, że nie wiesz, jak to jest.
Aileen miała już totalnie dość. Jak długo można się użerać z dziewczyną z gatunku słodkich idiotek? Stukot szpilek doprowadzał ją powoli do szału. Słodki, niewinny głosik też. Tak samo jak Josh, wychodzący zza zakrętu.
Leen zacisnęła zęby i pociągnęła Ashley do sklepu, który właśnie mijały. Teraz jej tylko tego brakowało, żeby musiała z nim rozmawiać na oczach blondynki.
- Czemu to zrobiłaś? – spytała dziewczyna.
- Niby co?
- Wciągnęłaś mnie do tego sklepu.
- Ja chciałam tylko pooglądać… - Aileen rozejrzała się po pomieszczeniu. Sprzedawczyni patrzyła na nie dziwnie, wszędzie znajdowały się dziecięce zabawki i ubranka.
- Chciałaś pooglądać? – Ashley się roześmiała. – Chodźmy stąd, Leen.
Chwyciła brunetkę za rękę i wyciągnęła ze sklepu akurat w momencie, gdy przechodził obok niego Josh.
- Aileen? Co tam robiłaś? – Chłopak spojrzał podejrzliwie opakowania pieluch na wystawie. Nie wyglądał na całkiem zdrowego, ale to chyba nie przeszkadzało mu w szwędaniu się po ulicach.
- Tam pracuje moja… ee, ciocia – Leen uśmiechnęła się przymilnie. Blondynka odchrząknęła cicho. – To jest Ashley Loud.
- Josh Ravells. – Chłopak uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów.
- Miło mi cię poznać – Ashley zamrugała kokieteryjnie rzęsami. Aileen zacisnęła zęby. – Przepisałam się do Avalonu. Chyba będziemy chodzić do tej samej klasy.
- Co?! – zawołała Leen. MSR rujnuje jej życie! Josh spojrzał na nią, nie rozumiejąc. – Znaczy, to wspaniale.
Ashley roześmiała się radosnym, przesadnie dziewczęcym głosem.
- Do poniedziałku, Josh. – Aileen pociągnęła blondynkę dalej.
- Cześć – zawołała Ashley, zanim brunetka zasłoniła jej usta dłonią.
– Naprawdę będziesz chodzić do mojej klasy? – syknęła, gdy były już zbyt daleko, żeby chłopak mógł je usłyszeć.
- Tak. Świetnie, prawda? – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – Będziemy mogły zostać prawdziwymi przyjaciółkami!
O mój Boże, pomyślała Leen. Za jakie grzechy?!
- Ale żeby tak było, musimy coś zrobić z twoimi włosami.
- Co masz do moich włosów? - warknęła Aileen.
- Są sterczące.
- Nieprawda.
- Prawda. Spróbuj związać takie coś gumką i ładnie wyglądać.
- Proszę bardzo. Robiłam to już dużo razy.
- Gratuluję.
- Serio…
***
Dwie rozmowy Aileen i Ashley specjalnie są podobne, żeby dać upust mojej przeogromnej inwencji twórczej. Mówiąc po ludzku, nie chciało mi się myśleć.
Nie jestem zadowolona z tej notki ani trochę, ale mam nadzieję, że wybaczycie mi tą żenadę ;) Naprawdę nie miałam czasu.
Gdyby pojawiły się jakieś błędy, to proszę was, żebyście napisali o tym w komentarzach, bo nie sprawdziłam tej notki.
komentarze [20]Notka o tytule: Rozdział VI
Napisana dnia: sobota, 13 stycznia 2007
O godzinie: 12:22:04
A więc...
Edit z 20.01.07r.
Nie wyrobiłam się z notką. Przez cały tydzień nie miałam dużo wolnego czasu, żeby ją kończyć ^^ Może jutro uda mi się ją wrzucić, sorry ;P
Edit z 19.01.07r.
W trakcie pisania kolejnej notki naszło mnie, żeby dokładniej się nad czymś zastanowić. Autorka Miłosnej Rywalizacji wyraziła się kiedyś na temat wieku bohaterki, a do mnie dopiero teraz doszło, co ja sobie myślałam ;P Postanowiłam go zmienić z 13 na 16 lat ^^ Więc zamiast do gimnazjum Leen poszła do liceum ;P Wybaczcie mi moją głupotę, ale ja już tak mam ;)
Fredysto:
Wiem, że jestem okrutna xP
Miłosna rywalizacjo:
MSR nie powiadomiło reszty zespołu, że Alex zaginął w akcji, bo nikt nie miał podstaw, żeby tak sądzić. Aileen & spółka myśleli, że po prostu zrezygnował, jest chory albo ma większą sprawę, z kolei MSR było pewne, że jest na misji. I znowu aż tak bardzo się nie pomyliło - czytając notkę, zrozumiesz, o co mi chodzi ;D
Misianko1777:
„Nie wiem co mam jeszcze napisac żeby nie zanudzac cie moim komciem” - Wasze komenty nigdy (!) mnie nie nudzą ;) i piszcie ich jak najwięcej :D
Its-me:
No musimy, musimy! xD Więc ustalaj ten termin ;P
Amelko:
Właściwie, to mogę ci to napisać na gadu, ale tu jest bardziej oficjalnie xP Rock Steady jest świetne ^^ Klasa nr 13 jest po prostu fajna (mimo że nie mieliśmy w niej umywalki ^^), a Slough, cóż… xP To przez wzgląd na kolonie xP Co mają kolonie do Slough? ^^ I tam, i tam Q się rozpanoszyła ;P
A’propos, co ty robisz w piątek o 12.16 na kompie? ^^ Masz infę czy zaraziłaś się ode mnie przez gg? xP
Wszyscy inni:
O notkach informuję tylko te osoby, które wyrażą taką prośbę w Księdze. Pamiętajcie o tym.
Notka właściwie o niczym konkretnym, sama się zdziwiłam, że wyszła taka długa, bo nic szczególnego się w niej chyba nie dzieje. No, może oprócz kilku małych fragmencików ^^
***
..::Irlandia, Dublin::..
..::Kwatera gangu porywaczy::..
- Alex…?
Aileen otworzyła szerzej oczy. Alex Prescott przywiązany do ściany? Gdyby nie widziała, nigdy by nie uwierzyła. To dlatego nie było go na spotkaniach, pomyślała. Nie mógł też nikogo zawiadomić – Leen zauważyła, że nie miał komunikatora. Ale to wszystko wydawało się niewiarygodne. Jeśli jeden z najlepszych agentów dał się tak załatwić, to całe MSR powinno się udać na przymusowy urlop.
Ruszyła szybko w stronę chłopaka, ale poczuła, że ktoś chwyta ją za rękę.
- Nie rób tego, Meg. – powiedział Patt.
- Nie rozumiesz – Spojrzała na niego. – Ja go znam!
- Och, czyżby? – Szatyn uniósł ironicznie brwi.
- Oczywiście. Nie rozumiem, co…
- Zajmijmy się resztą.
- Ale…
- Megan, zajmijmy się resztą.
Patt zaczął odwiązywać ludzi. Aileen, po chwili wahania, znów skierowała się ku swojemu dowódcy.
- Nie rób tego. – zawołał za nią szatyn. Dziewczyna odwróciła się zirytowana.
- Dlaczego? – spytała. – Dlaczego akurat jemu nie wolno mi pomóc?
Patt zastanawiał się nad odpowiedzią.
- On… On może być niebezpieczny. Jest ubrany jakoś dziwnie, może należy do sekty.
- Niebezpieczny? Według mnie, cały ten budynek jest niebezpieczny.
- Więc dlaczego z niego nie wyjdziesz? – Uśmiechnął się chytrze. Dziewczyna otworzyła usta, ale nie potrafiła wymyślić nic sensownego.
- Bo chcę im pomóc – odezwała się w końcu, wskazując na leżących ludzi. – A jeżeli ty nie, to chociaż mi nie przeszkadzaj.
- Rozwiązanie go naprawdę nie jest dobrym pomysłem – Patt spróbował innej metody. – Pomyśl, dlaczego akurat jego zawiesili przy ścianie?
- O co ci chodzi? Myślałam, że jesteś po mojej stronie. – Aileen zmrużyła oczy, wpatrując się w szatyna. Może jednak ten chłopak nie jest tak dobrym kompanem, jak jej się wydawało…?
- Bo jestem – odpowiedział Patt. Kątem oka zauważył telefon wiszący na ścianie. – Zaraz wracam.
- Gdzie idziesz?
- Zadzwonić. Może mają podłączoną linię.
Dziewczyna odprowadziła szatyna wzrokiem, po czym spojrzała na Aleksa. Nie wiedziała, co zrobić. Jej rozum mówił, by zostawiła chłopaka, jak radził Patt. Ale tak naprawdę, chciała go odwiązać. Na litość boską, to przecież członek MSR! W dodatku najlepszy.
Patt nic nie rozumie. Na jego miejscu, też miałaby podejrzenia, ale co może jej zrobić Alex Prescott?
Rozwiąże go, a później wspólnie pomogą pozostałym porwanym. Aileen ruszyła w stronę ściany pewnym krokiem. Przyjrzała się supłowi przy dłoni chłopaka. Będzie trudny do rozwiązania, przydałby się nóż. Ale najpierw musi sprawdzić, czy ktokolwiek z ludzi ułożonych na podłodze żyje. Walcząc w duchu ze strachem przed możliwością odkrycia około dwudziestu trupów, szybko podeszła do najbliżej leżącej dziewczyny i sprawdziła jej puls. Żyła. Ulga, która na nią spłynęła była nie do opisania. Nigdy wcześniej się tak nie czuła - nigdy wcześniej nie brała udziału w misji, w której istniała możliwość, że znajdzie pełno zwłok.
Szybko sprawdziła resztę porwanych. Wszyscy żyli, choć kilka osób miało bardzo słaby puls. Patt długo nie wracał, a sama nie da rady im pomóc.
Jej wzrok padł na ścianę, do której wciąż przywiązany był Alex. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś ostrego, ale w pomieszczeniu nie było praktycznie niczego poza ludźmi, liną i materacami. I oknem.
Leen podbiegła do niego, owinęła dłoń w bluzkę i pięścią wybiła szybę. Mimo osłony w postaci materiału ręka zaczęła krwawić, ale nawet tego nie poczuła, choć w przyszłości będzie miała paskudną bliznę. Podniosła kawałek szkła z podłogi i zbliżyła sie do Aleksa, z zamiarem przecięcia lin.
- Aileen, nie!
- Dlaczego? – Dziewczyna była już bardzo zirytowana. Nawet się nie odwróciła. Dopiero po chwili dotarły do niej dwie rzeczy. Po pierwsze, głos był damski. Po drugie, została nazwana prawdziwym imieniem. Patt nie był dziewczyną ani nie znał jej tożsamości.
Leen obejrzała się przez ramię. Zobaczyła Dianę, Laylę i Ashię, które stały w progu i patrzyły na związanych ludzi. Chwilę później zaczęły szybko ich rozwiązywać.
- Chłopcy sprawdzają resztę budynku – odezwała się Ashia, patrząc w skupieniu na mocny węzeł.
- Chłopcy? – powtórzyła Aileen.
- Reszta naszego zespołu. – Layla odwiązała kolejną linę. - A kilka innych oddziałów zajmuje się porywaczami.
Leen zmarszczyła brwi. Zastanowiła się nad jedną rzeczą. Skoro dowódca wisiał na ścianie, to dlaczego członkowie jego grupy mu nie pomagają? Ashia, Diana i Layla nie wyglądały, jakby miały zamiar zbliżać się do Aleksa.
- Wy... wiecie jak wygląda Alex Prescott, prawda?
Diana chwyciła kawałek szkła, leżący niedaleko, i przecięła linę. Rzuciła zdziwione spojrzenie w stronę Leen
- Tak, dlaczego?
- Dołączył do drużyny? - Aileen zignorowała jej pytanie.
Tym razem odezwała się Layla, która miała trochę niewyraźną minę.
- Nie, ale dostaliśmy od niego dwie wiadomości. Właściwie to był cynk.
- To on? - Dziewczyny spojrzały we wskazanym kierunku, na chłopaka wiszącego na ścianie.
- Właściwie widziałam go tylko raz... - mruknęła Diana, kończąc rozwiązywać ostatnią linę. - Ale chyba jest podobny.
- To nie Alex - zirytowała się Ashia. Podeszła do Aileen, wzięła jej odłamek szkła i odcięła linę od haków na ścianie, ciągle pozostawiając chłopaka związanego. Jemu również sprawdziła puls, a gdy uznała, że nic mu nie jest, podniosła przedramię na wysokość klatki piersiowej i wcisnęła przycisk na zegarku podobnym do tego, który należał do Leen, uaktywniając połączenie. Nad zegarkiem pojawił się hologram Jamesa Wrighta. Dziewczyna zaczęła z nim rozmawiać, a gdy ponownie zwróciła uwagę na Leen, jej już nie było.
Aileen wbiegła do pomieszczenia, w którym razem z Pattem zostawili porywaczy, i stanęła jak wryta. Agenci. Wszędzie było pełno agentów. Lekarze, ochroniarze, ci od "czarnej roboty", koordynatorzy. Zajmowali się związanymi mężczyznami.
W rogu pokoju stali Brian i John. Rozmawiali. Po chwili John machnął ręką, kończąc rozmowę, i podszedł do jednego z agentów, którzy kręcili się przy porywaczach, a Brian odwrócił się w stronę Aileen. Gdy ją zauważył, spojrzał ze zdziwieniem na jej policzek.
- Skąd wiedzieliście, że to akurat tu? – spytała dziewczyna.
- Chwilę temu dostaliśmy wiadomość. A ty skąd się tu wzięłaś? I co ci się stało?
- Chwilę temu? Więc jakim cudem dotarliście tutaj tak szybko? – Leen całkowicie zignorowała pytania chłopaka.
- Najnowszy wynalazek MSR, teleport. Później szczegóły – Brian przewrócił oczami. Zrezygnował też z pytania o zaschniętą krew i czerwony ślad na policzku dziewczyny. – Odeszłaś od naszej grupy, więc czemu tu jesteś?
- Śledztwo na własną rękę. – Aileen wzruszyła ramionami.
- Udało ci się samej dotrzeć do głównej kwatery tych idiotów? – Chłopak otworzył szerzej oczy. – Związać ich i znaleźć porwanych?
- No… Niezupełnie samej…
W tym momencie obok nich zmaterializował się wysoki rudy chłopak. Aileen otworzyła ze zdumienia usta.
- Jak…?
- Teleport – wyjaśnił. – Jestem Andy, z Dziennika MSR.
- To MSR ma własny dziennik? – zdziwiła się Leen.
- Jasne – Andy wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Wyleciałem na szkoleniu, ale pozwolili mi wrócić i robić sprawozdania, które później zamieniły się w miesięcznik promowany przez zdecydowaną większość agentów.
Aileen pomyślała, że to dość głupi pomysł, ale zamiast tego powiedziała:
- Świetnie.
- Było ciężko? – spytał Andy.
- Z czym?
- No, z tym gangiem.
- Tylko trochę – Aileen zmusiła się do uśmiechu. Co za głupie pytanie! Pewnie, że było ciężko. – Miałam świetnego partnera.
- Taak… - mruknął Andy, uśmiechając się pod nosem. – Temu nie można zaprzeczyć. Gratuluję sukcesu.
- Ee… Dzięki – Aileen z zażenowaniem założyła ręce za głowę. - A co ty masz zamiar tu robić?
Andy się uśmiechnął. Nagle wyciągnął skądś aparat i zrobił dziewczynie zdjęcie, nim ta zdążyła zareagować.
- Ej! – zawołała z oburzeniem. – Zawsze wychodzę na zdjęciach jak idiotka.
Andy tylko zachichotał i zdematerializował się, zanim Leen zdążyła go kopnąć. Brian patrzył z boku na tę sytuację.
- No cóż… Zrobi z tego artykuł - powiedział, uśmiechając się pod nosem. Rzuciła mu zirytowane spojrzenie. – Chodźmy pomóc reszcie.
- Yhm… - Aileen kiwnęła głową i ruszyła za Brianem. - Co oni robią? - wskazała na kilku agentów, którzy naklejali szerokie plastry na czoła porywaczy. Plastry miały zapewnić, że mężczyźni nie obudzą się w czasie, gdy będą przewożeni do aresztu w Anglii, gdzie zaczęli działać najpierw.
- Aileen! – zawołał Chris, dostrzegając dziewczynę znad jednego z porywaczy. Podszedł do niej i do Briana i przytulił ją z całej siły. – Martwiliśmy się o ciebie.
Brian zrobił obojętną minę.
- On też, ale nie potrafi się przyznać – Chris wyszczerzył zęby w uśmiechu. Brian przewrócił oczami i poszedł naklejać plastry. – Co ci się stało w policzek?
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Nie pamiętała za dużo z okresu, gdy była więziona w Sunny.
- Chyba ktoś mnie uderzył – powiedziała niepewnie. – Nieważne.
- A widziałaś się ostatnio w lustrze?
Jęknęła.
- Aż tak źle?
Chris z trudem powstrzymał się od chichotu. Cieszył się, że wreszcie ją widzi, chociaż gdyby wiedział, co planuje, również odszedłby z grupy. Nessa przestałaby się do niego odzywać, gdyby jej nie pomógł. I sam pewnie też miałby wyrzuty sumienia przez najbliższe tysiąc lat.
- Ee... Nie, właściwie... Jest całkiem normalnie. - Uznał, że lepiej zmienić temat. Leen wpadnie w histerię, kiedy zobaczy swoje odbicie. Wyglądała niemal jak zombie. - Jak ci się udało rozwiązać zagadkę gangu? – spytał zaintrygowany Chris. – I dotrzeć tutaj? Bez teleportu i helikoptera? I do tego samej?
- Sama, to ja tylko wpadłam w kłopoty – powiedziała Aileen, mając na myśli incydent w hotelu. – Później już miałam… partnera.
- Serio? Gdzie on jest? – Chris wydawał się bardzo ciekawy.
- Nie mam pojęcia. Zniknął.
- Zniknął? Na pewno gdzieś się tu kręci...
Aileen uśmiechnęła się słabo.
- Na pewno.
Chris wyszczerzył zęby i wrócił do naklejania plastrów, a Leen oparła się o framugę i przez chwilę obserwowała kolegów z drużyny. A potem zemdlała.
..::Seoth City::..
..::Pokój Aileen::..
Marco zmaterializował się na środku pokoju z Leen na rękach. Otrzymał wojownicze zadanie odstawienia jej do domu po omdleniu. Jeden z lekarzy MSR stwierdził, że była okropnie zmęczona i nic jej nie będzie, o ile się porządnie wyśpi. Marco położył ją na łóżku i przykrył kołdrą. Zanim zniknął, rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu. Właśnie tak wyobrażał sobie dziewczęcy pokój.
..::Później::..
Aileen obudziła się około siedemnastej. Otworzyła oczy, a w pierwszym momencie nie wiedziała, gdzie jest. Usiadła na łóżku, pocierając oczy. Rozejrzała się dookoła. Znów była u siebie. Ostatnią rzeczą, którą pamiętała, byli koledzy z MSR przyklejający coś do porywaczy.
A więc naprawdę jej się udało? Gangu porywaczy już nie ma?
Dziewczyna wstała i podeszła do lustra. Z jej ust wyrwał jej się cichy jęk. Wyglądała okropnie. Przetłuszczone, rozczochrane włosy sterczące we wszystkich kierunkach. Strasznie blada cera, jeśli nie liczyć ciemnych worów wielkości talerzy pod oczami. Ogromna rana na policzku i zakrzepnięta, rozmazana prawie na całą twarz krew. I pozostałości po makijażu sprzed kilku dni, które jeszcze pogorszyły efekt - kreski wokół oczu dawały jej wygląd ćpunki.
- No, Leen, i już po wszystkim – powiedziała zadowolona z siebie, choć nie do końca ze swojego odbicia. Może nie bardzo miała się z czego cieszyć, misja nie była zbyt udana, ale jednak wszystko się ułożyło. W jej pracy liczą się efekty. Jak to mówią, cel uświęca środki. Jednak to nie zmienia faktu, że i tak jej się oberwie.
Ale świadomość, że jest w domu i wreszcie może się poczuć bezpiecznie - była wspaniała. Żadnej broni - nie licząc tej, która należy do niej i jest ukryta po drugiej stronie szafy - żadnych śmiercionośnych ciężarówek i żadnych psychopatycznych świrów.
Ruszyła do łazienki, by wreszcie doprowadzić się do porządku. Nigdy nie lubiła opatrunków, więc ranę tylko obmyła wodą. Poza tym, jakby wyglądała z wielkim plastrem na policzku? Niezbyt ciekawe.
Podeszła do biurka, na którym leżała jej komórka i zegarek z wbudowanym odbiornikiem MSR. Sprawdziła datę, była niedziela. Nie wiedziała, ile czasu była poza domem. Raz robiło się jasno, a raz ciemno, nie zwracała na to większej uwagi. Ale niedziela by pasowała.
Dostała kilka wiadomości na zegarek - dwie przestarzałe od Prescotta o położeniu porywaczy - to musiał być 'cynk', o którym mówiła Layla, chłopak miał pewnie zakodowaną całą grupę - następna prosiła o nie używanie laserów, ponieważ są właśnie ulepszanie i jakikolwiek zużytek energii może wszystko popsuć, kilka kolejnych to typowe reklamy - komercja w MSR ma się bardzo dobrze - a pozostałe trzy wysłała Nessa.Leen dostała też sześć smsów.
Pierwszy, wysłany w piątek, był od Josha: „Wcięło cię? Mieliśmy się gdzieś spotkać po budzie, a ciebie nie ma. Obraziłaś się na mnie, czy co???”. Drugi, również od Josha: „Hej, żyjesz?”
Pozostałe cztery wysłała Katie. Najpierw chciała się wybrać do kina, a później niepokoiła się, że Leen nie odpowiada.
Leen kompletnie zapomniała, że umówiła się z Joshem. Sama się zdziwiła. Trudno, przeprosi go jutro.
..::Następny dzień::..
..::Avalon::..
Aileen weszła podwórko szkoły z niezadowoloną miną. Nienawidzi poniedziałków. Głównie dlatego, że musi wstać przed siódmą, a pierwszą lekcją jest matematyka.
- Leen!
Zatrzymała się i odwróciła. Zobaczyła Katie, biegnącą w jej stronę.
- Już myślałam, że cię porwali. – powiedziała roześmiana blondynka.
- A skąd wiesz, że tego nie zrobili? – Aileen uśmiechnęła się tajemniczo. Kathy spojrzała na nią poważnie. – Spokojnie, żartuję tylko.
Leen zdążyła już zauważyć, że jej przyjaciółka jest miłośniczką teorii spiskowych.
- Po co ktoś w ogóle wymyślił matmę? – narzekała Kate, gdy usiadły na barierkach przed szkołą.
- Pewnie po to, żeby nas wkurzyć – Aileen wzruszyła ramionami. - Masz zadanie?
- Tak, zrobiłam je od razu po przyjściu do domu. Gdybym go przypadkiem zapomniała, to pewnie ta jędza Harsh rozerwałaby mnie na strzępy.
Leen kiwnęła tylko głową. Cornelia Harsh była jedną z trzech nauczycielek matematyki. I nie bez powodu uczniowie nazywali ją Jędzą. Pani Harsh była szorstka i niemiła, a na jej lekcji musiała panować całkowita dyscyplina. Gdy ktoś zwrócił się do niej z prośbą lub pytaniem odpowiadała w sposób zgryźliwy i przykry. Trzecio- i drugoklasiści zgodnie okrzyknęli ją najgorszą nauczycielką we wszechświecie.
- Ciągle nie mogę zrozumieć – powiedziała Kate. – dlaczego jeszcze jej nie wyw-
- Leen!
Aileen obejrzała się przez ramię. Torba z książkami przechyliła się na drugą stronę barierki, ciągnąc ją za sobą. Dziewczyna zaczęła spadać w tył. Wyciągnęła ręce, żeby nie uderzyć głową w ziemię i, przechylając się coraz bardziej, nogi przeważyły ją na drugą stronę. Całkiem odruchowo przerzuciła je nad sobą, stając w pionowej pozycji. Torba ześlizgnęła jej się z ramienia. Potrząsnęła głową dla odzyskania równowagi. Była chyba jeszcze bardziej zdziwiona tym, co zrobiła, niż Kate.
- Jezu – odezwała się blondynka, która nie zdążyła nawet zareagować. Aileen podniosła torbę i rozejrzała się, szukając osoby, która wcześniej ją wołała.
- Jak mogłaś?! – Krzyk robił się coraz głośniejszy. Leen zauważyła Vanessę, biegnącą w jej stronę. Trzymała jakaś gazetę i najwyraźniej była wściekła.
- Co ty tu robisz, Ness? – spytała zdziwiona, gdy jej przyjaciółka stanęła zdyszana przed nią. – Odwołali ci zajęcia w tej twojej żeńskiej-
- Jak mogłaś? – wydyszała znów Nessa. Kathy obserwowała zajście, ciągle siedząc na barierce.
- Jak mogłam co?
- Nie powiedzieć mi!
- Na litość boską, o czym ty gadasz? – zirytowała się Aileen. W odpowiedzi Vanessa wcisnęła jej gazetę w rękę. – Dziennik MSR? – przeczytała nagłówek.
- Co to jest Em Es Er? – spytała Katie.
- Zaraz wracamy – odpowiedziała jej Nessa, uśmiechając się uprzejmie. Chwyciła przyjaciółkę za rękę i pociągnęła w stronę bramy szkolnej.
- Czytaj – warknęła chwilę później, nie spuszczając oczu z twarzy Leen. – Myślałam, że się przyjaźnimy, że nie masz przede mną tajemnic, a już na pewno, że o czymś takim byś mi powiedziała!
Aileen patrzyła na nią, nie rozumiejąc o co chodzi. Powoli spuściła wzrok na artykuł.
- „Teleporter – najnowszy wynalazek. Potrafi w ciągu milisekundy obliczyć ile energii potrzeba, aby przenieść molekuły w inne miejsce. Nasi eksperci zaopatrzyli go mikroźródło, dzięki któremu…”
- Nie to – Nessa wskazała palcem artykuł poniżej. – To.
- „Gang porywaczy rozpracowany!” – przeczytała Aileen. Pod tytułem zamieszczone były dwa zdjęcia. Pierwsze przedstawiało ją samą, wyczerpaną, z raną na policzku i uśmiechniętą, wtedy, gdy Andy pstryknął jej fotkę. Wyszła nawet ładnie, nie miała jeszcze tak roztrzepanych włosów. Na drugim był Patt. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, ale również się uśmiechał. Zdjęcie z pewnością nie zostało zrobione po ujęciu porywaczy. W tle był śnieg, więc łatwo można się domyślić, że pochodzi z jakiegoś archiwum sprzed pól roku.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zajęczała Nessa.
- O czym? To miała być zwykła misja. Jak każda inna. Dopiero później się skomplikowała.
- Daj spokój – Blondynka machnęła ręką. – Nie o tym mówię.
- Więc o czym?
- Przecież to Prescott! – zawołała Nessa, wskazując na jedno ze zdjęć. Kilka osób się obejrzało. – Alex Prescott!
- Świrujesz – Leen się roześmiała, choć trochę niepewnie. Gdzieś głęboko w umyśle zapaliła jej się lampka ostrzegawcza.
- Byłaś na misji z legendą i nic mi nie powiedziałaś! – Vanessa kompletnie zignorowała uwagę przyjaciółki. Aileen zmarszczyła brwi. Spojrzała na gazetę i przeczytała bardzo małe podpisy pod zdjęciami. „Aileen Neveu, szesnastoletnia agentka, która już pnie się w górę. Na zdjęciu tuż po schwytaniu gangu porywaczy, z którym użeraliśmy się od pół roku” i „Alexander Prescott, siedemnastoletni agent uznany za prawdziwy wzór do naśladowania. Na zdjęciu tuż przed coroczną imprezą charytatywną MSR”
Leen wypuściła gazetę z ręki. Dopiero teraz skojarzyła fakty. Alex nie pojawiał się na zebraniach, ponieważ był wśród porywaczy. Rozpracowywał ich od środka. Jak mogła tego nie zauważyć?! Wracając pamięcią do wszystkich chwil, które spędzili wspólnie, miała ochotę podejść do najbliższego drzewa i walić o nie głową tak długo, dopóki się nie złamie. Cały czas zachowywał się tak, jak prawdziwy agent powinien. Może za wyjątkiem tego razu w magazynie, kiedy jeden z porywaczy prawie go nie zastrzelił. Ale poza tym... każdy jego pomysł, każdy jego plan był... niemal podręcznikowy.
- No tak – mruknęła dziewczyna. – Mogłam się domyślić, w końcu Patt do cholernie głupie imię.
- Patt? – Nessa spojrzała na nią pytająco. Schyliła się i podniosła gazetę.
- Zbyt żenujące, żeby o tym mówić – odparła Aileen. – Niech ja go tylko dorwę, to pożałuje, że mnie okłamał…
- Teraz to ty świrujesz - stwierdziła blondynka. – Powiedział ci, że nazywa się Patt i ty mu uwierzyłaś?
- Yhm… - Leen skrzywiła się, słysząc śmiech przyjaciółki. – Ha, ha. Ja nie czytam Dziennika MSR, nie wiedziałam, jak wygląda.
- No dobra – Nessa ciągle śmiała się pod nosem. – Wybaczam ci, że mi nie powiedziałaś, bo i tak dowiedziałam się szybciej od ciebie.
Aileen przewróciła oczami.
- Myślisz, że on wie, że też jesteś agentką?
- Jeśli czyta Dziennik, to tak.
- A jak nie?
- To też tak. Musiał się zorientować, że próbuję działać zgodnie z procedurami MSR.
- A jeśli jednak nie wie?
- To nie mam zamiaru go o tym informować. Jest zwykłą świnią.
Vanessa spojrzała na nią podejrzliwie, ale nic nie powiedziała. Chwilę stały w ciszy.
- Mogę to wziąć? – spytała w końcu Leen, wskazując na Dziennik.
- Jasne. I tak przeczytałam już cztery razy ten twój artykuł.
- Po co? – Schowała gazetę do torby.
- Tak sobie. Nudziło mi się.
W tym momencie zadzwonił dzwonek. Brzmiał jak odkurzacz. Przyjaciółki przytuliły się na pożegnanie i Nessa pobiegła w stronę swojej szkoły, a Aileen wróciła do Katie.
- Kto to był? – spytała blondynka.
- Stara przyjaciółka. Przepraszam, że cię tak zostawiłam.
- Spoko – Kate się uśmiechnęła. – Co to jest MSR? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałam.
Aileen nie wiedziała, co odpowiedzieć. Rozejrzała się po podwórku, jakby to mogło jej pomóc wymyślić jakąś wymówkę. Zwróciła uwagę, że zrobiło się pusto. Duża większość uczniów weszła do szkoły.
- Matma – zawołała. Katie spojrzała na nią przerażonym wzrokiem i od razu zapomniała o MSR. Obie ruszyły biegiem w stronę budynku. – Ale nam się oberwie…
Blondynka tylko kiwnęła głową. Dobiegły w końcu do właściwej sali.
- Ty pierwsza – szepnęła Aileen.
- Nie ma mowy – Kate pokręciła energicznie głową. – W życiu.
- Wstawi nam jedynki… - jęknęła Leen. – Znowu.
- Wcale mnie nie pocieszasz.
- Chyba pójdę do łazienki i się tam zatnę. Ominie mnie lekcja i winę będę mogła zrzucić na szkołę.
Katie spojrzała na przyjaciółkę.
- To nie taki zły pomysł.
Teraz prawdopodobnie Jędza sprawdza zadania domowe. A za chwilę zacznie marudzić, że w całej klasie są tylko i wyłącznie lenie.
- Ale z nas tchórze – Katie się skrzywiła. Leen w duchu przyznała jej rację. Co za ironia.
- Dobra, i tak będziemy musiały tam wejść, a im szybciej tym lepiej - Odetchnęła głęboko i podeszła do drzwi. - Udawaj zasapaną. – rzuciła w stronę przyjaciółki. Nacisnęła klamkę i wpadła do klasy, a zaraz za nią Kathy.
- Przepraszamy za spóźnienie, Jędz… znaczy, pani Harsh – powiedziała blondynka. – To się już więcej nie powt-
- Nie ma jej? – spytała zdziwiona Aileen, ogarniając salę spojrzeniem. Nauczycielki ani śladu.
- Poszła po dziennik – odparł Daniel Valenns. – Macie szczęście.
Dziewczyny odetchnęły. Usiadły w swojej ławce i wyciągnęły podręczniki. Matematyczka nie powinna zauważyć ich wcześniejszej nieobecności.
- Co ci się stało? – spytał Daniel, odwracając się do Aileen. Siedział ławkę przed nią. Katie się zainteresowała i też spojrzała na policzek przyjaciółki.
- Uderzyłam się drzwiami lodówki – Dziewczyna wzruszyła ramionami. Kolega i przyjaciółka spojrzeli na nią podejrzliwie. – No co? To prawda. Przecież nikt mnie nie walnął.
Drzwi klasy nagle się otworzyły. Wszyscy umilkli. Do sali weszła pani Harsh, trzymając dziennik. Omiotła uczniów karcącym wzrokiem i usiadła przy biurku. Zaczęła sprawdzać obecność. Gdy była przy nazwisku Cynthii, na ławkę Aileen spadła mała karteczka. Kate spojrzała na nią zdziwiona. Kto odważył się posyłać liściki na matematyce?
- Panno Neveu? – Pani Harsh akurat podnosiła głowę, by zobaczyć, gdzie siedzi Evelyn Gyddies. Jej wzrok padł na karteczkę, a usta wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. – Czyżbyś korespondowała z kimś na mojej lekcji?
- Nie – zapewniła szybko Leen. Wiedziała, że i tak nie uda jej się przekonać Jędzy, ale może chociaż obejdzie się bez jedynki. – Oczywiście, że nie, pani profesor.
- A więc co robi ta kartka na twojej ławce?
Aileen zmięła liścik w dłoni i wcisnęła do kieszeni. Przybrała najbardziej niewinny wyraz twarzy, jaki tylko mogła.
- Jaka kartka, pani profesor?
- Nie rób ze mnie idiotki, Neveu. – Pani Harsh stanęła obok jej ławki. Kate nerwowo ściskała kciuki pod blatem.
- Ale ja nie…
- Natychmiast mi ją oddaj. Chyba, że chcesz dostać niedostateczny za niewykonywanie poleceń nauczyciela.
- Ale to jest moja prywatna kartka. – zaprotestowała Aileen. Kobieta tylko prychnęła.
- Nie ma czegoś takiego, jak prywatna kartka – powiedziała. – Oddaj mi ją, no już.
Kate wpadła na pomysł. Wyciągnęła długopis z piórnika, a z zeszytu wyrwała kawałek kartki. Nabazgrała na niej kilka słów pod blatem ławki, po czym zwinęła ją i wcisnęła do dłoni Aileen. Ta spojrzała na nią pytająco, ale Katie tylko się uśmiechnęła. Nauczycielka nawet nie zwróciła na to uwagi.
- Więc jak będzie? – spytała. Złośliwy uśmiech nie zniknął z jej twarzy. Leen westchnęła teatralnie.
- Wygrała pani. – jęknęła, podając Jędzy kartkę od Katie. Kobieta uśmiechnęła się triumfująco.
- Może to cię oduczy pisania liścików na mojej lekcji.
Rozwinęła kartkę, odchrząknęła i zaczęła czytać:
- „Pani Harsh ma dzisiaj bardzo ładną fryzurę, prawda?” – Nagle się zmieszała, ale w sekundę odzyskała swój normalny wyraz twarzy. Spiorunowała Aileen wzrokiem. – Jeśli jeszcze raz zobaczę, że posyłasz liściki, wstawię ci jedynkę, Neveu.
- Tak jest, pani profesor – powiedziała usłużnie Aileen. Jędza schowała liścik do kieszeni i zaczęła pisać temat lekcji na tablicy, nie zwracając już na nią uwagi. Dziewczyna odwróciła się w stronę Kate. – Dzięki wielkie! Uratowałaś mnie przed kolejną pałą.
- Drobiazg – Blondynka wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Kiedyś się odwdzięczysz.
Aileen kiwnęła głową i zapisała temat w zeszycie. Gdy pani Harsh zaczęła mówić o działaniach złożonych, wyciągnęła prawdziwy liścik z kieszeni i przeczytała: „Czekam po szkole przy bramie –J.”
J?
Co za J?
Leen rozejrzała się po klasie. Wszyscy notowali to, co mówiła nauczycielka. Jej wzrok padł na Josha, niestarannie robiącego notatki. No tak, J. Jej zapas inteligencji na ten tydzień chyba już się wyczerpał. A to dopiero poniedziałek.
Westchnęła i zaczęła notować słowa pani Harsh.
..::Avalon::..
..::Przy szkolnej bramie::..
Aileen oparła się o drzewo i, spod przymrużonych powiek, obserwowała mijających ją uczniów. Starała się wymyślić jakieś wyjaśnienie dla Josha. Porwali ją kosmici? Nie, w życiu w to nie uwierzy. Samochód potrącił jej kota? Hm, byłoby dobre, ale ona nie ma kota. Psychopatyczny morderca gonił ją z siekierą…?
- Cześć – powiedział ktoś, stając tuż przy niej. Rozpoznała głos Josha. Odwróciła głowę w jego stronę i uśmiechnęła się, ale na widok wyrazu jego twarzy uśmiech lekko przygasł.
- Coś się stało? – spytała niepewnie. Chłopak przewrócił oczami. Wydawał się być zniecierpliwiony.
- Tak, stało się. Nienawidzę, jak ktoś wystawia mnie do wiatru.
Leen poczuła, jak robi się czerwona. A czy to była jej wina, że niestety miała ważniejsze rzeczy do roboty?
- Ja cię wcale nie…
- Owszem, wystawiłaś.
- Nieprawda – Dziewczyna poczuła, że nie ma najmniejszej ochoty na tę rozmowę. Co on sobie wyobraża? Nawet nie dał jej skończyć zdania. – Po prostu musiałam szybko wrócić do domu…
- Ale dlaczego nic nie powiedziałaś? – zirytował się chłopak. – Czekałem na ciebie przed szkołą.
- Przepraszam - Zrobiło jej się głupio. Nie myślała, że Josh będzie tak przeżywał jakieś głupie spotkanie. Znaczy, jego brak. – To może dzisiaj…
- Muszę już iść. Do jutra.
Chłopak wyszedł poza teren szkoły i skręcił w prawo. Aileen wzniosła oczy do nieba. Najpierw robi aferę, a później sam ją olewa. O co chodzi z tymi facetami?
komentarze [43]Notka o tytule: Rozdział V
Napisana dnia: sobota, 6 stycznia 2007
O godzinie: 17:31:03
A więc...
..::Los Angeles::..
..::Ulica przy opuszczonych magazynach::..
..::Ciężarówka::..
- Na pewno wiesz, co się z tym robi, Meggie? – spytał nerwowo Patt, zapinając pas bezpieczeństwa.
- Jasne. – Aileen machnęła lekceważąco ręką. Położyła ręce na kierownicy, wcisnęła sprzęgło i pchnęła drążek biegów tam, gdzie spodziewała się znaleźć jedynkę. Dotknęła nogą pedału gazu, sprawdzając, jak to działa. Puściła sprzęgło. Ciężarówka wyrwała do przodu z piskiem opon.
- Meg, co ty wyrabiasz?! – wrzasnął chłopak, przytrzymując się fotela pasażera. Pas bezpieczeństwa wpił mu się w skórę. – Zatrzymaj to!
- Żebym jeszcze wiedziała, jak…
- Co?!
Leen panicznie spojrzała w dół. Który pedał to hamulec…? Na szkoleniu, które odbyła jakiś rok temu, uczyli ją prowadzić różne pojazdy, ale nie zdała ani jednego testu. Jako kierowca była beznadziejna.
- Uważaj – wrzasnął Patt. – Drzewo! Skręcaj, skręcaaaj!
Aileen w ostatniej chwili podniosła głowę i przekręciła kierownicę w lewo nieuważnym ruchem. Ciężarówka niebezpiecznie się przechyliła, ale jednak nie przewróciła się. Leen ponownie skierowała całą swoją uwagę na pedały, nie mogąc się zdecydowac, co robić. Takie sytuacje zazwyczaj jej się nie zdarzały.
- UWAŻAJ! - krzyknął znów Patt, tym razem nie czekając na jej reakcję. Rzucił się na kierownicę tak daleko, jak pozwalał mu pas, przy okazji prawie kładąc się na Leen, i mocno szarpnął w prawo. - Środkowy! Wciśnij środkowy!
Dziewczyna z całej siły nadepnęła na środkowy pedał. Pojazd gwałtownie stanął, rzucając nimi w swoim wnętrzu jak lalkami mimo zapiętych pasów.
- Nigdy więcej… - sapnął Patt, jako pierwszy wychodząc z lekkiego szoku, odpiął pas i wstał. – Prawie rozjechałaś grupkę dzieci. Zmiana.
Aileen zamrugała kilkakrotnie i spojrzała na niego trochę nieprzytomnie. Otrząsnęła się dopiero, gdy nią potrząsnął. Usiadła na fotelu pasażera, chłopak natomiast zajął miejsce kierowcy.
- Musimy się stad zmywać, pewnie są tu gdzieś jakieś kamery - wymamrotał bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
Prowadził znacznie lepiej niż jego poprzedniczka. Leen nawet posunęła się do stwierdzenia, że ma prawo jazdy (dop. aut. - w Stanach można je wyrobić już od szenastego roku życia). Dojechali do centrum miasta i zatrzymali się na parkingu, wcześniej wjeżdżając prosto w inne auto. Na szczęście, przez całą podróż nie spotkali na drodze żadnych stróżów prawa.
- Powiadomiłeś kogoś o tamtych facetach? – spytała dziewczyna, ziewając. Był już wieczór, a ona miała ciężki dzień.
- Tak – odparł Patt.
- Kogo?
- Policję.
- Aha. Dobrze, że coś powiedzieli… Myślisz, że ściemniają?
- Obydwaj twierdzili to samo bez porozumiewania się, więc raczej to prawda.
- Mogli uzgodnić wersję przedtem… - Aileen stłumiła ziewnięcie.
Zanim opuścili magazyn postanowili porozmawiać z porywaczami, mocno związanymi i bez broni. Byli w innych pomieszczeniach. Na pierwszy ogień poszedł blondyn. Nie chciał nic mówić, ale gdy Patt wycelował w niego pistoletem – tym naładowanym - i udał, że nie wie, jak się z nim obchodzić i w każdej chwili może strzelić, stwierdził, że ich ofiary w rzeczywistości są w Dublinie, w Irlandii. Brunet powiedział to samo.
- Możliwe, ale na razie i tak nie mamy innego pomysłu. – powiedział Patt.
- Racja – mruknęła Leen. – Jestem głodna. Masz tu coś, co można…?
- Nie – przerwał szatyn. - Ale mam to.
Trzymał w ręce banknot studolarowy. Aileen się uśmiechnęła.
- Skąd? Czyżbyś obrabował bank?
- Nie – Chłopak się roześmiał. – Znalazłem w skrzyni na tyłach. Były tam jeszcze krótkofalówki i lornetki.
- Świetnie.
- Tamci dwaj na pewno się nie obrażą, jeśli za ich pieniądze kupimy sobie obiad i bilety lotnicze do Irlandii. Na pierwszą klasę nie starczy, ale przynajmniej się tam dostaniemy.
- Chcesz ich… - Dziewczyna szukała odpowiedniego słowa. – Ee, okraść?
- Dla nich te pieniądze nie mają już znaczenia, a nam mogą pomóc uwolnić tych ludzi.
- No tak. To idziemy? – Na samą myśl o jedzeniu Aileen robiła się jeszcze bardziej głodna. Nie jadła od niecałych dwóch dni i czuła się coraz bardziej słabo. Dzięki dawnej trenerce, Agnes McSeam, która swego czasu była strasznym tyranem, potrafiła wytrzymać bez jedzenia właśnie około dwóch dni i jeszcze się nie przewracała. Teraz w duchu dziękowała za ten rok spędzony pod jej rozkazami.
..::Pizzeria Best3::..
Leen i Patt zajęli trzyosobowy stolik w głębi lokalu. Wszystkie inne były już zajęte.
- Dwie małe czy jedną dużą? – spytała dziewczyna, przeglądając menu. Czując zapach ciasta i przypraw, omal nie zemdlała. Poprawiła kosmyk, opadający na oczy.
- Lepiej dużą, wyjdzie taniej. - mruknął szatyn.
- Okay, ale koniecznie wegetariańską.
- Wegetariańską? – powtórzył Patt, podnosząc wzrok. Aileen znów założyła włosy za ucho.
- Nie przesłyszałeś się.
Chłopak udał, że się zastanawia.
- Jestem w stanie zgodzić się na twoją propozycję, ale pod jednym warunkiem.
- Hm? – Leen ponownie zdmuchnęła kosmyk znad oczu.
- Przestań wreszcie to robić.
- Robić co?
- No, to… - Patt wykonał skomplikowany ruch rękami. Aileen uniosła pytająco jedną brew. – To z włosami. Irytujące.
Roześmiała się i pozwoliła włosom zasłaniać jej trochę widoczność.
- Mogę przyjąć zamówienie? – Przy stoliku stanęła młoda kelnerka.
- Dużą wegetariańską z dodatkami. – powiedział Patt i wstał. Kobieta się uśmiechnęła i odeszła w stronę zaplecza.
- Wybierasz się gdzieś? – spytała Aileen.
- Idę po bilety na samolot.
- Tylko wróć szybko, bo zjem całą pizzę. – odparła dziewczyna, uśmiechając się na samą myśl o wielkiej pizzy tylko dla niej. Chociaż pewnie i tak nie dałaby rady zjeść całej.
- Nie zrobiłabyś tego – powiedział Patt. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Ee… zrobiłabyś?
- Jeszcze nie widziałeś do czego jestem zdolna.
- Nareszcie dziewczyna, która nie liczy kalorii przy każdym posiłku – mruknął szatyn. – Postaram się wrócić jak najszybciej.
Chłopak wyszedł. Aileen oparła się łokciami o blat stołu.
Co ona tu właściwie robi? Zamiast lecieć do Irlandii, powinna wrócić do domu i powiadomić Briana, może jej były zespół ma już kontakt z Aleksem. Razem z drużyną poleciałaby helikopterem do Dublina i wspólnie załatwiliby ten gang. Zamiast zrobić, co powinna, siedzi w pizzerii, a za niedługo poleci ratować kilkadziesiąt ludzi wraz z nowopoznanym chłopakiem.
Gdyby Wright stał w tej chwili przed nią, udusiłby ją gołymi rękami za niesubordynację i samodzielną akcję.
Całe szczęście, że założyciel i główny dyrektor MSR, Mathias Moreau, mieszka we Francji i ona nie będzie miała okazji go ponownie spotkać. Gdy zaczynała "karierę" agentki lądowała w jego biurze ogromną ilość razy, średnio trzy w tygodniu. Nie była zdyscyplinowana, nie potrafiła słuchać rozkazów i czesto działała na własną rękę.
Nigdy nie zapomni misji, na której poznała Nessę i Chrisa. Nie polubili się, Leen za bardzo się popisywała. Pozostała dwójka, odrobinę dłużej w tym fachu nie mogła znieść jej zachowania. W zespole było dziesięć osób, w tym starszy o cztery lata i doświadczony dowódca. Wszyscy dostali własne zadanie, którego mieli się trzymać. Aileen jednak uznała, że jest zbyt wspaniała, by potulnie wykonywać swoje i zaczęła robić wszystko tak, jak jej się podoba. Kiedy misja skończyła się wielką klapą, Leen po raz chyba setny została wezwana do Mathiasa Moreau. Ten raz miał być ostatnim.
Nie było najmniejszych wątpliwości, że zostałaby wyrzucona w trybie natychmiastowym, gdyby nie Chris i Vanessa, którzy dowiedzieli się o zamiarach szefa. Kiedy Leen zobaczyła ich w drzwiach gabientu i usłyszała ich gorące zapewniania, że "to się wiecej nie powtórzy i już oni tego dopilnują" postanowiła, że to już się naprawdę więcej nie powtórzy.
A teraz znowu wszystko się powtarza. Tylko że bez Nessy i Chrisa. Co z tego, że przez dwa lata była niemal wzorowa? Wystarczy jedna poważna wpadka – a ta była takową na pewno – żeby pożegnać się z odznaką agenta raz na zawsze.
A może to nie byłoby takie złe? Koniec z narażaniem życia, opuszczaniem szkoły, uczeniem się po nocach, zmęczeniem… Chociaż z drugiej strony, gdyby Leen nigdy nie została agentką, nie zwiedziłaby tylu krajów. Jaki inny osobnik w jej wieku może się pochwalić, że był w Australii, Turcji i Chile w tym samym dniu? Żaden. Należenie do MSR miało też plusy.
Dziewczyna obiecała sobie, że gdy wróci do domu poważnie zastanowi się nad swoim życiem.
Do pizzerii wrócił Patt, w tym samym momencie podano pizzę.
..::Później::..
..::Samolot do Dublina::..
..::Nad oceanem atlantyckim::..
Okazało się, że jeden z samolotów leci do Irlandii już za kilka godzin i były jeszcze bilety, więc Patt skorzystał z okazji. On i Aileen mieli mały problem z odprawą, nie wzięli żadnych dokumentów ani nic innego, ale jakimś cudem udało im się ubłagać ochronę, żeby ich wpuścili.
- Prosimy – jęczała Leen, a wymuszone łzy płynęły jej po policzkach. – W Dublinie mieszka nasza mama i jest bardzo chora, i chcemy do niej lecieć, i zapomnieliśmy dokumentów, i…
Chwilę później siedzieli w samolocie, przybijając sobie piątkę.
- Idę spać. – ziewnęła Leen.
- Po co?
- Jak to, po co?
- No, po co idziesz spać?
- A po co ludzie chodzą spać?
- Żeby się przejść?
- Nie. Żeby się przespać.
- To po co chcesz gdzieś iść?
- Zamknij się.
Chłopak się roześmiał. Leen spojrzała na niego zirytowana.
- Dobra, dobra. Już się nie odzywam. Dobranoc, Megan.
Kilka godzin później samolot wylądował na lotnisku Dublin Airport. Patt i brunetka znów musieli się tłumaczyć, dlaczego nie mają żadnych papierów potwierdzających ich tożsamość. Ochrona chciała ich zawrócić z powrotem do USA, ale na szczęście inni ochroniarze znaleźli przemytnika, więc wszyscy pobiegli się tym zająć.
- Szybko, spadamy. – powiedział Patt i pociągnął dziewczynę do wyjścia.
- A co z naszymi bagażami? – spytała Aileen.
- Jakimi bagażami?
- Ach, racja. – mruknęła brunetka, przypominając sobie, że nie mają ze sobą nic. Nawet jej plecak został w hotelu Sunny. Tylko w ich kieszeniach tkwiły krótkofalówki i lornetki. Na nieszczęście uruchomiły alarm, kiedy przebiegali przez bramki. W ich stronę rzuciło się kilku ochroniarzy. Gdyby nie ogromny tłum panujący w pomieszczeniu, siedzieliby teraz w jakimś areszcie.
Kilkanaście minut później Leen i Patt usiedli na jedynej wolnej ławce w jakimś dublińskim parku.
- Masz jakiś plan? – spytała dziewczyna.
- Nie bardzo – mruknął szatyn i skrzywił się lekko. – Nie mamy żadnego punktu zaczepienia, a przeszukanie całego Dublina zajmie nam wieki.
- No, to musimy pomyśleć – odparła Aileen, odwracając się w jego stronę. – Tamci dwaj mówili, że porwani są w tym mieście… Dodali coś jeszcze?
- Taa – Patt ziewnął. – Żebyśmy się nie utopili w Liffey. Cokolwiek to miało…
- Wiem – Twarz dziewczyny się rozpromieniła. – Liffey to rzeka, która dzieli Dublin na dwie części.
- Dwie części? – Patt zaczął słuchać. – To znaczy?
- „Dwie części” znaczy dwie części. North Side i South Side. Myślę, że porwani ludzie będą gdzieś przy tej rzece, najprawdopodobniej w północnej części. Jest bardziej biedna i tak dalej.
- Skąd ty to wiesz? – spytał zdziwiony chłopak.
- Byłam już kiedyś w Dublinie – Leen się uśmiechnęła. – Chodźmy.
Aileen nie pamiętała, którędy dojść do rzeki, a zanim Patt wpadł na pomysł, by kupić mapę w kiosku, obeszli chyba całe miasto.
- Nareszcie – mruknęła Leen na widok Liffey. Szatyn usiadł na ławce i spojrzał na niebo. Dobra, są w Irlandii i siedzą przy jakiejś rzece, ale co dalej?
Aileen usiadła obok chłopaka. Bynajmniej nie miała ochoty rozmawiać. Starała się wymyślić coś poza przeszukaniem terenu, jednak to był chyba najlepszy pomysł.
Rozejrzała się dookoła. Po jednej stronie rzeki stały wysokie zadbane budynki, siedziba sądów - Four Courts i różne stoiska z ubraniami oraz słodyczami.
Po drugiej stronie Liffey również znajdowały się budynki, ale mniej zadbane. Dziewczyna uznała za oczywiste, że tam trzeba zacząć. Ale jakie jest prawdopodobieństwo, że znów będzie miała takie niewiarygodne szczęście, jak poprzednio w Sunny? Bo jednak było to szczęście – nikt jej nie zabił, zdobyła sojusznika i znalazła kryjówkę dwóch członków gangu. Teraz mogła tylko się modlić, żeby poszło równie dobrze.
Nagle Patt wstał, spojrzała na niego trochę nieprzytomnie.
- Nic nie zrobimy, jeśli będziemy ciągle siedzieć – powiedział chłopak. – Zacznijmy szukać tam. - Wskazał na budynki, o których wcześniej myślała Leen. Znajdowały się po drugiej stronie rzeki. Dziewczyna wstała niechętnie z ławki. Była strasznie zmęczona. A sam fakt, że Patt wręcz przeciwnie, sprawiał, że czuła się jeszcze gorzej.
Nie odzywając się, ruszyła w stronę mostu. Chłopak zrównał z nią swój krok. Milcząc przeszli na drugą stronę Liffey.
- Rozdzielamy się? – spytała Leen.
- Lepiej nie. Tak będzie bezpieczniej.
- Jak chcesz.
W kilka godzin przeszukali większość budowli. Chociaż „przeszukali” nie było może odpowiednim słowem, gdyż do dużej ilości budynków zostali zaproszeni. Irlandczycy byli bardzo przyjaznymi ludźmi.
- Ciągle nic… - mruknęła zrezygnowana dziewczyna, gdy wychodzili z czyjegoś podwórka. – Może to kompletnie inne miejsce?
- I tak nie mamy na razie żadnych lepszych…
- Mam prośbę, Patt – przerwała Leen. – Zamknij się. Cały czas powtarzasz to samo.
- No, ale nie mamy żadnych… - zaczął znów szatyn.
- Zaraz zwariuję. – oświadczyła dziewczyna.
- Ale…
- Dobra, dobra. Wiem.
Do następnego budynku, chyba mieszkalnego, szli w ciszy. Szatyn zdawał się rozbudzony, a Aileen ziewała praktycznie cały czas. Taka ilość stresu i strachu, która przeszła przez nią przez ostatnie godziny nie mogła pozostać bez echa.
Weszli na korytarz. Dziewczyna zapukała do pierwszych drzwi. Otworzyła im jakaś kobieta, najwyraźniej spodziewając się kogoś innego, gdyż w dłoni trzymała pieniądze.
- Nie jesteście dostawcami pizzy, prawda? – spytała podejrzliwie.
- Nie, proszę pani – powiedział Patt, a gdy kobieta zaczęła zamykać drzwi, dodał szybko: - Jesteśmy z telewizji.
Drzwi znieruchomiały.
- Och, doprawdy?
- Tak, proszę pani. Chcemy przeprowadzić ankietę dla programu Życie Wśród Obywateli – wtrąciła się Leen. – Odpowie pani tylko na kilka pytań, a później nie będziemy już niepokoić.
- Dobrze, byle szybko.
- Czy słyszała pani ostatnio jakieś niepokojące rozmowy?
- Nie podsłuchuję ludzi.
- A czy są tu w okolicy jacyś niebezpieczni ludzie?
Pytanie po prostu głupie, ale mimo to kobieta zapomniała, że chciała zachowywać się obojętnie w stosunku do dwóch nastolatków. Zamyśliła się. Od niedawna rzeczywiście widywała kilku mężczyzn, którzy zachowywali się dziwnie i rozmawiali jakimś szyfrem. Ale czy oni mogą być niebezpieczni?
- Nie jestem pewna – powiedziała wolno. – Ale chyba tak, kręcą się tu ostatnio jacyś kretyni. Głośni, agresywni. No wiecie. Co jakiś czas spotykają się tam.
Kobieta wskazała na niski budynek otoczony płotem z kolcami i stojący kilka ulic dalej.
- A teraz idźcie już. Zabieracie mi czas.
Drzwi się zatrzasnęły.
- Ma zmienny charakter – mruknął rozbawiony Patt. – Przynajmniej już wiemy, gdzie szukać.
- Może nie jestem najbardziej doświadczoną osobą na świecie– powiedziała zniechęcona Aileen. – ale coś mi mówi, że oni nas załatwią.
- Skąd ten pomysł?
- Obudź się. Co możemy zrobić bandzie dorosłych facetów?
- Dużo, jeśli będziemy mieć plan – Chłopak się roześmiał. – Znam hasło, więc nic mi nie zrobią. Po prostu tam wejdę.
Aileen spojrzała na niego z niedowierzaniem i prychnęła cicho.
- Świetny plan – powiedziała ironicznie. – A co zrobisz, jak już tam będziesz, hm?
Patt otworzył usta, ale się nie odezwał. Triumfalny uśmieszek zniknął z jego twarzy. Przewrócił oczami.
- Więc co proponujesz?
- Zaczekajmy, aż zasną – Leen wzruszyła ramionami. – Najprościej.
- Na pewno wyznaczają jakichś strażników.
- To podasz im hasło.
Dziewczyna nie zdołała powstrzymać małego, ironicznego uśmiechu.
- Bardzo śmieszne – rzucił kąśliwie szatyn. – Zaczekaj tu. Sprawdzę, czy ktoś tam w ogóle jest.
- Okay. – mruknęła Aileen i ziewnęła. Patt oddalił się w stronę budynku.
Rozejrzała się, całkiem niedaleko stała ławka. Usiadła na niej i zamknęła oczy, by trochę się odprężyć.
Słońce zaszło za horyzont i zrobiło się ciemno. W pobliżu nie było żadnej latarni. Chłopak szedł ostrożnie wzdłuż ogrodzenia, szukając wejścia. Znalazł furtkę kiwającą na jednym zawiasie. Wyglądała, jakby coś ją zaatakowało.
Ostrożnie wszedł na paskudne podwórko – wszędzie walały się puszki po alkoholu, a trawa była na pół wypalona. Patt zbliżył się do budynku. Spróbował zajrzeć przez okno, ale było zasłonięte. Rozdrażniony, ruszył dalej, czając się przy ścianach.
Aileen powoli traciła cierpliwość. Patt ciągle nie wracał, a ona była zbyt zmęczona, żeby go szukać. Chwilę biła się z własnymi myślami, iść czy nie iść?
- Niech cię szlag trafi, Patt – warknęła pod nosem i wstała z ławki. Świadomosć obowiązku nie dawała jej spokoju. W ogóle nie powinna była się zgadzać, by szedł sam. Jest tylko zwykłym chłopakiem, a ona wyszkoloną agentką. Jakichkolwiek umiejętności by nie posiadał, nie dorówna jej w skuteczności. To, że jest zmęczona, nie daje jej prawa narażać niewinnych. Patt na pewno nie zdaje sobie nawet sprawy w co sie wplątał.
Z ciężkim westchnieniem skierowała się w stronę, w którą wcześniej odszedł szatyn.
Drzwi się otworzyły.
Nie ma w tym nic dziwnego, bo drzwi służą właśnie do tego, by je otwierać. Jednak to właśnie one sprawiły, że Patt poczuł strach. Stał dokładnie naprzeciwko nich.
- Czego tu szukasz? – odezwał się bardzo wysoki mężczyzna, a ton jego głosu jasno wskazywał, że nienawidzi gości.
- Ja… - Szatyn utkwił wzrok w ogromnej – i z pewnością silnej – dłoni zaciskającej się w pięść. – Znam hasło, jestem z wami.
Miał nadzieję, że mężczyzna rozluźni się trochę i go nie uderzy – w takim wypadku prawdopodobnie odzyskałby przytomność za kilka dni. Jego słowa chyba jednak podziałały.
- Doprawdy? Więc jakie jest hasło?
Patt poczuł się jak kretyn, wypowiadając słowa: „nasze życie jest jak ze snu”. Kto to w ogóle wymyślił? Sądząc po tamtych dwóch, którzy prawdopodobnie są już teraz w areszcie, ci, którzy znajdują sie w tym budynku nie mają równo pod sufitem. Dobrze, że przynajmniej udało im się znaleźć właściwe miejsce.
- Zgadza się, właź – Mężczyzna wepchnął go do środka, tak mocno uderzając w plecy, że chłopak na chwilę stracił oddech. – Jutro planujemy kolejny skok, więc spadaj do któregoś z pokoi i śpij. Bo jak będziesz przeszkadzał, to ci głowę urżnę.
Patt gorliwie pokiwał głową.
- I nie waż się nawet obudzić któregoś z nas, bo sam się więcej nie obudzisz, gówniarzu.
Mężczyzna wyszedł z budynku, a szatyn rozejrzał się po jego wnętrzu. Na podłodze było pełno błotnych śladów, brzydkie brązowe tapety odchodziły od ścian, a meble pokryły się niemałą warstwą kurzu.
Patt wzdrygnął się. Dlaczego ludzie pokroju porywaczy zawsze muszą doprowadzać ładne mieszkania do takiego stanu?
Wszedł ostrożnie do najbliższego pomieszczenia. Musi szybko wymyślić jakiś plan…
Aileen szybkim krokiem szła w stronę budynku. Koło niej przeszedł wysoki mężczyzna, kierował się do sklepu spożywczego. Nie zwróciła na niego uwagi, choć może powinna.
Doszła do ogrodzenia i zaczęła szukać wejścia. Kilka minut później przemykała się już pod ścianą budynku. Słyszała przytłumione rozmowy i pijackie śmiechy wywołane przez sprośne kawały. Skrzywiła się. Ludzie, których bawią tego typu dowcipy są kretynami, stwierdziła w myśli.
Nie była w stanie zobaczyć, czy Patt jest w środku. Okna były zasłonięte. Gdyby miała pewność, że jej nowy znajomy tam jest, znalazłaby wejście i nie zawahałaby się mu pomóc. Ale równie dobrze chłopak mógł ją wystawić i wcale nie wejść do budynku.
- Meg? – Jedno z okien tuż przed nią otworzyło się ze zgrzytem. Leen z ulgą zobaczyła w nim Patta.
- To ja się o ciebie martwię i przychodzę cię szukać, a ty…
- Ćśś… - Chłopak obejrzał się za siebie. – Nie chcę, żeby tu przyszli.
Aileen kiwnęła głową.
- Daj rękę – Szatyn podał jej dłoń i pomógł wejść przez okno. Sama pewnie też by sobie poradziła, ale o wiele bardziej bolałyby ją ręce od podciągnięcia się. – Musimy być cicho – szepnął Patt. – Wiem, że planują jutro porwanie następnej osoby. A ja mam ich nie budzić.
Leen zrozumiała, co chłopak chce zrobić. Uśmiechnęła się.
- Więc jak zasną, to ich załatwimy?
- Przynajmniej spróbujemy.
- Okay. – Aileen rozejrzała się po pokoju. Nie było w nim żadnych mebli ani nawet lampy. Wszędzie panowała ciemność. Brunetka ziewnęła kilka razy. Zamknęła oczy, powtarzając sobie w myśli, że w takich warunkach i tak nie zaśnie. A po chwili zasnęła.
Patt usiadł obok niej na podłodze. Usłyszał jej równy oddech. Jeśli i on teraz straci świadomość, będzie po wszystkim. Koniecznie musi się czymś zająć. Ale co można robić w brudnym kwadratowym pokoju?
Chłopak westchnął, chyba będzie musiał po prostu intensywnie o czymś myśleć. Może w ten sposób nie zaśnie.
Kilka godzin później miał już serdecznie dość swojego planu. Przestudiował w głowie chyba wszystkie ich teraźniejsze problemy i rozważył możliwe opcje ataku. Ewentualne próby ucieczki również.
Dopiero teraz się zorientował, że nie słyszy już żadnych rozmów, chyba porywacze w końcu zasnęli.
- Megan, wstawaj – Chwycił dziewczynę za ramiona i potrząsnął energicznie. – Idziemy.
Aileen mruknęła coś pod nosem, a Patt pochylił się, by usłyszeć, co.
- Josh, uważaj! - wrzasnęła akurat w tym momencie i obudziła się, zdziwiona. Szatyn natychmiast od niej odskoczył, nieco oszołomiony nagłym hałasem. W ciszy, która panowała jeszcze kilka sekund temu, taki dźwięk wydawał się jeszcze głośniejszy niż był w rzeczywistości. Leen otworzyła oczy, ale i tak nic nie zobaczyła. Było za ciemno.
- Patt? To ty?
- Tak. Wstawaj, zasnęli.
Aileen się podniosła i z ulgą zauważyła, że nie jest już az tak zmęczona. Wyciągnęła ręce w górę, przeciągając się.
- To miejsce źle na mnie działa - stwierdziła. - Śniło mi się, że mojego chlopaka goni wiking... Więc co robimy?
- Trochę o tym myślałem – odparł Patt. Wyciągnął skądś linę. – I doszedłem do wniosku, że najprościej będzie wziąć im broń, związać i tak zostawić. Zawiadomimy kogoś, a sami pójdziemy się zająć porwanymi. Muszą być w tym budynku…
Aileen kiwnęła głową, ale chłopak i tak nie był w stanie tego zobaczyć, więc powiedziała:
- Okay. Chodźmy.
Wyszli ostrożnie z pomieszczenia. Od razu usłyszeli głośne chrapanie. Dzięki temu będzie im trochę łatwiej. Wolno skradali się do największego z pokoi, a chrapanie z każdą sekundą stawało się głośniejsze.
Postanowili się rozdzielić, chociaż i tak cały czas znajdowali się w tym samym pomieszczeniu. Patt zajął się wiązaniem mężczyzn, a Aileen przeszukiwała ich i zabierała im broń. Gdy już to zrobili stanęli przy drzwiach.
- Jeśli któryś się za wcześnie obudzi, to nic nie zrobimy – mruknął szatyn. – Rozerwą te liny w kilka sekund, ale na razie wystarczy. Są tak pijani, że nie powinni nic zauważyć. Zapal światło.
Leen nacisnęła włącznik, a pokój rozjaśnił się nikłym blaskiem.
- Ta żarówka jest na wyczerpaniu – powiedziała. – Do roboty.
Zabrali się za przeszukiwanie innych pokoi, ale tym razem wspólnie.
Po kilkunastu minutach Aileen zaczęła wątpić, że znajdą kogokolwiek. Budynek nie był przecież aż tak duży, a oni nadal nic nie mają!
- Megan, szybko! – W progu kolejnego pomieszczenia stał już Patt.
- Są?
Chłopak tylko kiwnął głową. Wbiegła do pokoju i omal nie krzyknęła. W całym pokoju byli związani ludzie. Leżeli na materacach ułożonych na podłodze. Leen zakryła sobie ręką usta. Spojrzała trochę wyżej, na ścianę i lekko się zatoczyła. Do wielkich haków przywiązano liny, a do lin ręce jakiegoś chłopaka. Ale nie tylko to sprawiło, że dziewczynie nogi prawie odmówiły posłuszeństwa.
Chłopak miał na sobie kombinezon MSR.
- Alex…?
komentarze [22]Notka o tytule: Rozdział IV
Napisana dnia: sobota, 30 grudnia 2006
O godzinie: 13:49:00
A więc...
..::Helikopter MSR::..
- Porwano kolejną osobę…? – jęknęła Aileen. – Musimy się śpieszyć!
- A co, twoim zdaniem, robimy? – zirytował się Brian.
- Siedzimy bezczynnie i patrzymy, jak znikają następni ludzie – warknęła. – Tak nie może być!
- Uspokój się, Leen. – Chris położył jej dłoń na ramieniu, ale ona natychmiast ją zrzuciła.
- Nie, nie uspokoję się. Bo prawda jest taka, że się po prostu obijamy!
Brian westchnął. Jeśli dalej będzie się kłócił z tą dziewczyną, daleko nie zajdzie.
- Dobrze, masz rację – powiedział. – Obijamy się. Zadowolona?
- Nie – zawołała Aileen. – Nie jestem zadowolona. Zrywam się z lekcji tylko po to, żeby się dowiedzieć, że zawaliliśmy!
- Po pierwsze – Brian starał się nie zdenerwować. Nawet mu wychodziło. – Nie zawaliliśmy. Po drugie, nie tylko ty zerwałaś się z lekcji.
- Owszem, tylko ja. – Brunetka zmrużyła oczy. – Cała reszta już skończyła.
Zdziwiony chłopak tylko przekrzywił śmiesznie głowę.
- Skąd…?
- Tylko ja mam torbę z książkami.
- Aileen… - zaczął Chris.
- Czy wy naprawdę tego nie rozumiecie?! – Leen spojrzała na twarze zebranych. Ashia spuściła wzrok, Marco patrzył gdzieś w bok. Jej spojrzenie padło na Briana, który twardo je wytrzymał. Chwilę tak stali, patrząc sobie w oczy.
- Nie wiem, o co ci chodzi. – powiedział w końcu chłopak, odwracając się i robiąc krok.
- Doskonale wiesz, o co mi chodzi. – warknęła Aileen.
- A jeśli przyznam ci rację? – spytał Brian, odwracając się w jej stronę. – Co wtedy? Powiesz nam wszystkim, co mamy robić, żeby wszystko cudownie się rozwiązało?
- Nie bądź wredny – odparła, doskonale wyczuwając ironię. – Po prostu nie mogę siedzieć bezczynnie!
- To nie siedź! – Chłopakowi puściły nerwy. – Jak ci się nie podoba, to odłącz się od grupy. Płakać za tobą nie będę. Może w ten sposób uda ci się coś zrobić, skoro my się obijamy.
- Bez łaski – syknęła Aileen. – Z chamami pracować nie będę.
Zarzuciła torbę na ramię i podeszła do drzwi helikoptera. Jednym ruchem je otworzyła, po czym zeskoczyła na trawę. Nie była do końca pewna, gdzie są, ale kiedy lądowali zauważyła kilka domków. Ludzie, którzy w nich mieszkają na pewno wiedzą jak trafić stąd do centrum. Zacisnęła pięści i ruszyła w ich stronę. Dzisiaj nie pójdzie już do szkoły. Będzie szukać, myśleć i działać.
W helikopterze zapanowała głucha cisza. Nawet Matt, zazwyczaj rozgadany, nic nie mówił. Wszyscy patrzyli na ich przywódcę, a on sam – na swoje buty.
- Stary, przesadziłeś. – odezwał się w końcu John. Brian doskonale wiedział, że przesadził. Co więcej – wiedział też, że dziewczyna miała rację. Ale było już za późno.
- Powinieneś ją przeprosić… - powiedziała cicho Layla.
- Nie – odparł chłopak stanowczo. – Odeszła, trudno. Jej decyzja. Zabierajmy się do roboty.
Agenci zaczęli wymyślać plan działania. Aileen na pewno miała rację co do jednego – muszą się pośpieszyć.
..::Mieszkanie Aileen::..
Dziewczyna wparowała wściekła do domu. Rzuciła plecakiem do swojego pokoju i uderzyła pięścią w, zamknięte już, drzwi wyjściowe.
- Zadufany w sobie kretyn – warknęła. – Niech spada na drzewo.
- Kochanie? – W drzwiach przedpokoju stanął ojciec dziewczyny. – Wszystko w porządku?
- Tak, tato. Jestem zła, bo zgubiłam w szkole kartkę z zadaniem domowym i mi się oberwało.
- Napisz je jeszcze raz – Mężczyzna puścił do córki oczko. – Jesteś głodna?
- Nie, zjem później.
Aileen poszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Kopnęła plecak pod ścianę i zdjęła z półki płytę ze specjalnym programem. Włożyła ją w płaski otwór z tyłu komputera, po czym go uruchomiła.
- Zobaczymy, co mi na to powiesz, Brian – mruknęła, wprowadzając hasło do profilu MSR.
Dziewczyna włączyła bazę danych i wpisała: „gang porywaczy, zaginieni”. Nie została w helikopterze na tyle długo, by dowiedzieć się, jak nazywa się owa uprowadzona osoba, więc musi radzić sobie inaczej.
Na monitorze wyświetliła się długa lista nazwisk z datami. Na jej szczycie figurował Lucas Smith.
- Dzisiaj… - mruknęła Aileen, czytając datę. Szybko wkleiła nazwiska do programu skanującego, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. – Jedynym związkiem między nimi jest całkowity brak związków.
Brunetka westchnęła. To może być trudniejsze, niż jej się na początku wydawało.
- Okay, mam pomysł… – Aileen zaczęła wypisywać miejsca, gdzie miały miejsce uprowadzenia, ale one również kompletnie się ze sobą nie łączyły. – Hm, i tak plan B zawsze jest lepszy.
Ułożyła nazwiska według dat porwania, od najstarszej do najnowszej, ale nie zauważyła niczego szczególnego.
Leen zamknęła oczy, ale nie pomogło jej to w koncentracji. Ponownie spojrzała na monitor.
Zauważyła, że pierwsze litery nazwisk ułożonych w ten sposób tworzyły sensowny ciąg… - „Nasze życie jest jak ze s” – przeczytała. - To jacyś psychiczni kretyni.
Dziewczyna uznała za oczywiste, że ostatnim słowem jest „snu”. Ci ludzie naprawdę mają problemy z psychiką. Dziwne jest też to, że nitk wcześniej tego nie zauważył.
Wydrukowała listę, żeby lepiej jej się przyjrzeć, ale po godzinie nie wymyśliła niczego nowego. Sprawdziła miejsce, skąd porwano Lucasa, niedaleko okropnie starego i brzydkiego hotelu na obrzeżach Seoth.
- Trzeba zacząć działać – Wstała. Wyciągnęła pieniądze ze skarbonki i schowała je do kieszeni. Spakowała kilka ubrań do plecaka i zdjęła zegarek. Na wypadek, gdyby ktoś z MSR chciał jej przemówić do rozsądku.
Wyszła z pokoju i skierowała się do kuchni, gdzie była jej mama. – Idę już.
- Idziesz? – zdziwiła się Natalie. – Dokąd?
- Mamo – jęknęła Leen. – Do Katie. Wczoraj pozwoliłaś mi zostać u niej na weekend.
- Nie przypominam sobie tego – odparła kobieta, patrząc podejrzliwie na córkę. – Dlaczego mam wrażenie, że mnie okłamujesz?
- No wiesz? – oburzyła się dziewczyna. – I teraz pewnie będziesz mi kazała zostać w domu? – spytała, i, nie czekając na odpowiedź dodała: - Zawsze tak jest!
Odwróciła się i energicznym krokiem ruszyła w stronę pokoju, jednak nie zdążyła nawet dotknąć klamki.
- Przepraszam, kochanie. Skoro wczoraj ci pozwoliłam, możesz iść. – odezwała się Natalie.
- Dzięki – Aileen się uśmiechnęła i wyszła z domu. – To zawsze działa. – mruknęła pod nosem. Wcale nie czuła się dobrze, okłamując mamę, ale nie miała innego wyjścia. Nie mogła powiedzieć prawdy.
..::Seoth City::..
..::Hotel Sunny::..
Aileen wysiadła z taksówki. Zapłaciła kierowcy i odwróciła się w stronę hotelu. Był jeszcze gorszy, niż myślała. Zrobiony z paskudnej czerwonej cegły ze starymi oknami prezentował się okropnie.
- Jesteś pewna, że chcesz zatrzymać się właśnie tu? – spytał niepewnie taksówkarz.
- Tak. – odparła brunetka i ruszyła w stronę budynku. Otworzyła drzwi i weszła do recepcji. W środku hotel był ładniejszy i bardziej zadbany, niż na zewnątrz.
- Mogę w czymś pomóc? – spytała uprzejmie starsza pani, stojąca za ladą.
- Chciałam wynająć pokój.
Kilkanaście minut później, po załatwieniu formalności, Aileen otworzyła drzwi wynajętego pokoju. Łóżko, dwie półki, mały stolik, parę krzeseł i drzwi do łazienki. Przy oknach wisiały stare firanki.
- Mogło być gorzej… - szepnęła dziewczyna. Postanowiła, że zaczeka aż recepcjonistka zrobi sobie przerwę i zeskanuje ostatnią stronę z księgi gości. Wciąż nie czując się zbyt fajnie ze świadomością, że jest całkiem sama, zrobiła wreszcie krok w stronę pokoju. Nie zdążyła jednak nawet do niego wejść, gdy usłyszała jakieś przyciszone głosy.
- …z nim zrobiłeś? – Dźwięki dobiegały z pokoju obok.
- Przekazałem tam, gdzie całą resztę.
- Cudownie.
To wyglądało na rozmowę dwóch zwykłych mężczyzn, ale Aileen postanowiła mieć ich na oku. Niespodziewanie włączył się jeszcze trzeci głos, nie tak zachrypnięty, jakby młodszy i trochę niepewny:
- Co chcecie z nimi zrobić…?
- Nie pękaj, Patt. Nic im się nie stanie.
- Ale dlaczego nie chcecie mi powiedzieć, gdzie…
- Zbyt duża wiedza jest niebezpieczna, pamiętaj o tym.
Leen położyła plecak na podłodze i podeszła do sąsiednich drzwi. Przytknęła do nich ucho i słuchała.
- Kiedyś się dowiesz, mały. Kiedyś.
- Taa…
Przez chwilę zapanowała cisza. Aileen już miała się wycofać do siebie, ale odezwał się znów pierwszy mężczyzna.
- To jaka litera?
- Teraz N.
- Mały, szukaj nazwiska. Wieczorem chcę je mieć.
Była już pewna. Za tymi drzwiami znajdują się członkowie gangu, którego szukali najlepsi agenci. Kilka miesięcy ich pracy ani trochę się nie przydało, podczas gdy ona, w ciągu kilku godzin, znalazła tymczasową kryjówkę! Niesamowite.
Nagle drzwi się otworzyły. Aileen nie zdążyła odskoczyć. Jej radość była przedwczesna. Przed nią stał chłopak, na oko trochę starszy od niej. Miał jasnobrązowe rozczochrane włosy i orzechowe oczy, w których przez chwilę widać było zdziwienie.
- Szybko, uciekaj s… - zaczął szeptem, ale nagle został wypchnięty przez dorosłego, umięśnionego blondyna.
- Czego?
- Chciałam zapytać, czy mają panowie cukier – Leen uśmiechnęła się przymilnie, ale była pewna, że ci faceci nie są aż tak głupi. – Jeśli tak, czy mogłam trochę pożyczyć?
Blondyn chwycił ją za ramię i jednym ruchem rzucił o ścianę w pokoju.
- Nazwisko – warknął niski, gruby brunet, wychodząc z cienia pokoju. – Gadaj, kto cię tu przysłał?!
Leen nie odpowiedziała, ponieważ lufa pistoletu wymierzona między jej oczy niemal przyprawiała ją o zeza (przyp. aut. to jest ulubiony cytat mojej koleżanki z
Artemisa Fowla, nie mogłam się powstrzymać xD).
- No, mów! – syknął mężczyzna.
- A nie wpadłeś na to, że ona się boi? – spytał ironicznie chłopak, nazywany Pattem. Nie musiał się martwić, w nocy wyciągnął wszystkie pociski z pistoletu.
- Zamknij się – warknął brunet, ale odłożył broń. Dziewczyna wciąż siedziała przy ścianie, rozpaczliwie próbując wymyślić jakiś plan. Nawet nie może nikogo powiadomić! Po co zdejmowała zegarek? Teraz ma poważne kłopoty. – No, mała. Jak się nazywasz?
Niedoczekanie twoje, pomyślała Leen, jeśli uważasz, że ci powiem.
- Gadaj!
- Megan Nicolson. – wychrypiała brunetka. Tak nazywała się główna bohaterka z jej ulubionej książki. Była pewna, że tacy faceci nie czytają zbyt dużo, wiec może się udać. Gdyby udało jej się odwrócić ich uwagę… Nie, to chyba niemożliwe.
- Nicolson? – powtórzył Patt, a w jego głosie zabrzmiał lekki strach. Blondyn uśmiechnął się wrednie.
- No proszę. Genialnie. Młody, masz robotę z głowy.
- Jaką robotę? – spytała Leen, ale nikt jej nie odpowiedział. Brunet podszedł do niej i zakuł jej z tyłu ręce kajdankami.
- Dzisiejszą noc spędzisz tutaj, słonko. A później dołączysz do naszych starych znajomych.
Szatyn usiadł w rogu pokoju i zaczął grać na gameboyu, a dwaj mężczyźni stanęli przy Aileen. Blondyn chwycił ją za włosy i pociągnął do góry, dziewczyna stanęła na obolałych nogach, mrużąc oczy z bólu.
- Jeśli nie chcesz zostać kaleką, to radzę ci siedzieć cicho.
Leen jęknęła pod nosem, mógłby ją już puścić! Jeszcze wyrwie jej wszystkie włosy. To na pewno nie wygląda ładnie.
- Mówiłem, żebyś była cicho. - Sekundę później poczuła piekący ból na policzku. Mężczyzna ją uderzył, nie żałował siły.
- Mike, przestań. – Patt odłożył grę i wstał. Aileen poczuła, jak jakaś gorąca ciecz spływa jej po twarzy. Krew?
- Uspokój się, mały. Nic jej nie zrobię.
- Więc ją puść.
Blondyn uśmiechnął się wrednie i rozluźnił uścisk, a dziewczyna upadła na podłogę. Gdy tylko ci ludzie zasną, ucieknie oknem. Ale teraz musi ich słuchać, żeby nie oberwać jeszcze bardziej. Jeden z dorosłych zakleił jej usta taśmą.
- Po co to? – spytał Patt.
- Nie chcielibyśmy, żeby zawołała kogoś z obsługi hotelu. Poza tym, przestań tyle gadać. – Tamten zaśmiał się wrednie.
Patt wrócił do grania, a mężczyźni zajęli się rozmową. Aileen oparła głowę o ścianę.
Jak mogła być tak głupia? Skoro wyznaczono całą drużynę, to oznaczało, że jednostka nie da sobie rady. Czemu nie było posłuszna Jamesowi Wrightowi? Oczywiście, nie musiała się zgadzać z Brianem, ale w końcu to on został wybrany na dowódcę po Aleksie. Jej obowiązkiem było wykonywać polecenia. Gdyby to robiła, nie tkwiłaby w tej dziurze z dwoma obleśnymi typami i jednym chłopakiem, który sprawia wrażenie, jakby był oderwany od rzeczywistości.
Westchnęła cicho. Nie chciała tak skończyć. Zawsze fantazjowała o tym, że rozwiąże jakąś wielką sprawę razem z Aleksem Prescottem i, tak samo jak on, stanie się żywą legendą MSR. Ale jej marzenie nie będzie miało nawet szansy się ziścić, jeśli któryś z tych idiotów udusi ją gołymi rękami.
…Udusi…
Przeszył ją dreszcz, dopiero teraz zrozumiała tak naprawdę, w jak fatalnej sytuacji się znalazła. Nigdy wcześniej nie myślała, że przyjdzie jej zginąć podczas misji. Nigdy.
A często było to możliwe.
Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Westchnęła jeszcze raz i spuściła głowę. Nie wiedziała, ile już siedzi przy tej ścianie. Długo – to mogła powiedzieć na pewno. W końcu postanowiła udawać, że zasnęła. Zamknęła oczy i postarała się oddychać miarowo. Po kilkunastu minutach mężczyźni również postanowili pójść spać. Został jeszcze tylko Patt, który uparcie grał na gameboyu.
Aileen nie chciała zasnąć. Owszem, była bardzo zmęczona, ale nie miała pewności, że jak się obudzi… czy w ogóle się obudzi. Czekała i czekała, aż usłyszy dźwięk kroków chłopaka, gdy będzie szedł do łóżka, ale nic takiego się nie stało. Jedynymi dźwiękami, które zakłócały ciszę były odgłosy gry szatyna, gdy zdobywał jakieś punkty.
Brunetka zaczęła już powoli wątpić, że chłopak kiedykolwiek zaśnie, gdy usłyszała jak ziewa. Nie musi już długo czekać – to ją uspokoiło. Na tyle, że jej plan legł w gruzach.
Zasnęła.
Patt podniósł głowę i spojrzał na nią.
- No, nareszcie.
Wyłączył gameboya. Odwrócił się tak, by być twarzą do śpiącej dziewczyny.
- Już niedługo… - szepnął, uśmiechając się.
..::Los Angeles::..
..::Ulica przy opuszczonych magazynach::..
- Megan…? Obudź się, Meggie.
Aileen otworzyła zaspane oczy. Leżała na podłodze w jakiejś ciężarówce. Strasznie piekł ją policzek. Kilka centymetrów nad jej twarzą pochylał się szatyn.
- Kim ty… - Dopiero teraz sobie wszystko przypomniała. Odskoczyła, jak mogła najszybciej. – Trzymaj się ode mnie z daleka, świrze.
- Cicho – syknął Patt i rozejrzał się nerwowo. Leen przekrzywiła śmiesznie głowę ze zdziwienia. O co tu chodzi? – Odwróć się.
- Spadaj.
- Jak inaczej mam ci zdjąć kajdanki?
- C-co…? – Aileen nigdy nie czuła się tak skołowana. Najpierw ma ją gdzieś, później chce jej pomóc? – Gdzie jest haczyk?
- Będzie w moim gardle, jak się nie odwrócisz.
- I tak nie może mnie już spotkać nic gorszego.
Chłopak się roześmiał.
- Nie masz aż takiego pecha, jak ci się wydaje.
Aileen przeturlała się na brzuch.
- Nie, wcale.
Patt otworzył kajdanki i pomógł brunetce wstać. Przytrzymał jej dłonie i, patrząc w oczy, zaczął mówić:
- Teraz słuchaj. Chcę ci pomóc. Tamci dwaj są groźni, a ja staram się ich jakoś powstrzymać. Niedaleko stąd jest policja. Pójdziesz tam i powiesz, jak się nazywasz…
Aileen uniosła jedną brew. Ten chłopak tłumaczy jej wszystko, jakby była małym dzieckiem.
- Czy ja wyglądam na umysłowo chorą idiotkę? – spytała, wyjmując swoje dłonie z uścisku chłopaka. – Albo zszokowaną, niezdolną do samodzielnego myślenia ofiarę życia?
- Ja nie…
- Tak, czy inaczej… - mruknęła Leen. – Dzięki za pomoc.
Szatyn wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- W tym magazynie jest reszta porwanych? – spytała, wskazując przez okno na stary budynek.
- Nie wiem, ale myślę, że tak. Miałem zamiar im pomóc. – Patt westchnął.
- Idę z tobą – zdecydowała Aileen. – Jestem ci coś winna.
- To niebezpieczne. Jesteś pewna?
- Absolutnie – Dziewczyna potarła piekący policzek. - Zobaczysz, nie będę przeszkadzać.
- Jak chcesz. Jestem Patt.
- A ja Meggie. – Brunetka się uśmiechnęła. Ten chłopak może się okazać świetnym sojusznikiem.
..::Gdzieś w magazynie::..
Aileen i Patt szli już dobre kilka minut w całkowitych ciemnościach. Dziewczyna kilka razy już się potknęła o puszki i inne podobne przedmioty, leżące na podłodze. Jej kompanowi za to zdarzyło się wejść na ścianę.
- Jeśli ci ludzie tu są, to czemu nie dają żadnego znaku życia? - spytała Aileen. Chłopak nie odpowiedział. Zatrzymała się. – Chcesz mi przez to powiedzieć, że…
- Meggie – odezwał się Patt. – To jest tylko jedna z możliwości. Musimy ich znaleźć. Wtedy się dowiemy.
- Tak – mruknęła dziewczyna, czując nagły chłód. – Jasne.
Szli jeszcze kilka minut. Aileen nie mogła uwolnić się od myśli, że ofiary gangu mogą nie żyć albo umierać teraz.
- Rozdzielmy się. – powiedziała tak cicho, że Patt ledwie ją usłyszał.
- Dlaczego?
- W ten sposób szybciej przeszukamy ten teren.
- Daj spokój, chyba nie myślisz, że zostawię cię samą w takim stanie.
- W jakim stanie, przepraszam? – oburzyła się dziewczyna.
- Meg, widzę, że perspektywa zobaczenia ciał tych wszystkich ludzi cię przeraża. Znajdziemy ich, nie przejmuj się.
Aileen w duchu przyznała mu rację, ale duma nie pozwoliła jej siedzieć cicho. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczął trzymać ją za rączkę, by się nie przestraszyła własnego cienia. Którego, tak nawiasem mówiąc, i tak nie widać w tych ciemnościach.
- Nie boję się. I przestań się o mnie martwić. – ofuknęła chłopaka. Ten westchnął.
- Okay. Więc się rozdzielamy.
- Świetnie. – przyznała Leen, chociaż w głębi duszy czuła, że to był strasznie głupi pomysł. Ale przynajmniej szybciej znajdą porwanych.
- Gdyby coś się działo – powiedział Patt, grzebiąc w kieszeni. – To wrzeszcz. Ze swojej strony obiecuję to samo. – Uśmiechnął się. Wyciągnął pudełko zapałek i poszedł w prawo.
- Świetnie… - powtórzyła cicho Aileen. Wolno ruszyła przed siebie z wyciągniętymi rękami, by na nic nie wpaść. Trochę już się oswoiła z mrocznym klimatem, szła coraz szybciej, aż zaczęła biec.
Ten opuszczony magazyn nie był najlepszym miejscem do urządzania maratonów. Wszędzie leżały jakieś przedmioty – puszki, pudełka, worki, czasami nawet można było znaleźć w połowie rozwalone biurko lub szafę. Wiatr obijał się o wilgotne, częściowo pokryte grzybem ściany, hałasując przy tym ogromnie. Wszędzie panowała ciemność. Żadnego okna, żadnej lampy, żadnej świecy, zapałki czy latarki.
Aileen sprawdziła już bardzo dużo pomieszczeń, ale w żadnym nie znalazła nawet śladu, że jakaś osoba mogła się tam znajdować. Kucnęła przy jednej ze ścian. Przypomniała sobie, co powiedział jej kiedyś instruktor z MSR… „Stare, opuszczone budynki są wręcz genialne do przetrzymywania zakładników. Ale jeszcze lepsze są do zastawienia pułapki.”
Dziewczyna zerwała się na nogi. Dlaczego takie słowa zawsze przypominają się za późno?
-Witaj, Megan.
Aileen aż podskoczyła. Kompletnie się nie spodziewała, że tak szybko ją znajdą. Nie miała wątpliwości, że był to jeden z tamtych dwóch mężczyzn – ten, który uderzył ją w policzek.
- Nie ruszaj się, bo odstrzelę ci łeb.
Żeby dodać grozy słowom, porywacz przycisnął lodowatą lufę pistoletu do skroni brunetki.
- Myśleliście, gówniarze, że nas przechytrzycie?
Nacisnął spust, ale nic się nie stało. Powtórzył tę czynność kilka razy. Leen odetchnęła z ulgą. Przez ten krótki moment życie przeleciało jej przed oczami.
- Cóż… - odwróciła się do mężczyzny. – Tak.
Po czym uderzyła go z całej siły między oczy – słaby punkt, jak powtarzał jej nauczyciel. Porywacz zamachnął się, ale nie zdążył uderzyć, gdy zemdlał. Aileen szybko zdjęła mu bluzę i związała nią ręce i nogi tak, że musiał wygiąć się do tyłu. Jak się obudzi z bólem głowy, będzie zdziwiony, ale to już nie jej problem.
..::Gdzieś w drugiej części magazynu::..
Chłopak biegł przed siebie. Nie lubił takich ciemności. Zawsze istniała możliwość, że na kogoś wpadnie, a ten ktoś go zabije. No tak, nie ma to jak pozytywne myślenie.
Usłyszał brzdęk puszki i stanął jak wryty. On w nic nie kopnął… Więc kto?
- Megan…?
Nikt nie odpowiedział. Szatyn zamknął oczy dla większej koncentracji i starał się usłyszeć chociażby czyjś oddech, ale huczący wiatr mu w tym przeszkadzał.
Nagle poczuł, jak coś zimnego dotyka jego skroni. Pistolet?
- Tak myślałem – odezwał się czyjś chropowaty głos. Patt go rozpoznał - jeden z porywaczy, tego był pewien. – Jesteś zdrajcą, Patt – Mężczyzna się roześmiał. – Bardzo naiwnym zdrajcą.
- Nieprawda – wychrypiał chłopak. – Jestem z wami.
- Oczywiście. Słyszałem waszą rozmowę, twoją i tej dziewuchy. Jasne, że jesteś z nami.
Patt zrozumiał, że nie uda mu się wywinąć. Jego ostatnią szansą jest to, że żaden z tych dwóch idiotów nie wpadł na pomysł, żeby naładować magazynek pistoletu.
- Ja rozprawię się z tobą, a Mike z twoją dziewczyną.
- Moją dziew… Nie jest moją dziewczyną, ale jeśli coś jej się stanie…
- To co? – usłyszał drwiący głos tuż przy uchu. – Zrobisz mi coś? Będzie raczej trudno, jak już zostaniesz trupem.
- Nie jesteś taki genialny, jak ci się wydaje – warknął szatyn. – Twoja broń nie jest naładowana, ośle.
- Och, czyżby?
Porywacz wystrzelił w sufit. Patt poczuł się, jakby go ktoś uderzył w głowę. Z całej siły.
No pięknie, ten wariat zaraz go zabije! W dodatku, zrobi coś Megan, prawdopodobnie to samo, co jemu.
- A teraz, pożegnaj się z tym światem, smarkaczu. – Palec mężczyzny już zginał się na spuście. Chłopak wiedział, że jeśli spróbuje się ruszyć, umrze jeszcze szybciej. Już nie raz był w takiej sytuacji – takie jego głupie życie. Ale dziwnym trafem, zawsze mógł liczyć na czyjąś pomoc. A teraz?
- Sam się pożegnaj, kretynie – Coś, albo raczej ktoś rzucił się na niczego niespodziewającego się mężczyznę, przewracając go z hukiem. Broń wypadła mu z ręki. Patt zręcznie ją chwycił, jeszcze w locie. Celując w dwie osoby leżące na podłodze, zapalił zapałkę. Zobaczył uśmiechającą się Leen, siedzącą okrakiem na nieprzytomnym blondynie. – Jesteśmy drużyną, nie?
Chłopakowi kamień spadł z serca. Nagle poczuł się strasznie szczęśliwy. Sam nie wiedział z czego dokładnie się cieszył. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Tak, jesteśmy.
komentarze [14]Notka o tytule: Rozdział III
Napisana dnia: sobota, 23 grudnia 2006
O godzinie: 10:42:27
A więc...
Z okazji tegorocznych Świąt… Nie, nie, nie. Wróć. Jeszcze raz:
W tym dniu radosnym, oczekiwanym,
gdzie gasną spory, goją się rany
życzę Wam zdrowia, życzę miłości,
niech mały Jezus w sercach zagości,
szczerości duszy, zapachu ciasta,
przyjaźni, która jak miłość wzrasta,
kochanej twarzy, co rano budzi,
i wokół pełno życzliwych ludzi ;)
Czy zauważyliście, że ostatnio wszyscy posługują się tego typu wierszykami? Zaiste bardzo ciekawe zjawisko.
A ze swojej własnej strony, życzę Wam udanej kolacji wigilijnej (albo obiadu, jak w moim przypadku xD), prezentów wielkich jak góra, dużo zdrowia i radości, samych wspaniałości oraz, oczywiście, miłości :)
No, a teraz notka:
..::Seoth City::..
..::Niedaleko szkoły Avalon::..
Aileen biegła, jak mogła najszybciej, choć jej strój wcale jej tego nie ułatwiał. Nienawidziła ubierać się odświętnie, takie ciuchy krępują ruchy.
Zaspała! Teraz musi grzecznie wszystkich przekonać, żeby ją wpuścili na aulę, gdzie odbywał się apel.
Tak, jak myślała. Na boisku już nikogo nie było. Spojrzała na sportowy zegarek, który dostała od babci na święta. Południe. Spóźniła się półtorej godziny. Ciekawe, czy ktoś jeszcze w ogóle tu jest.
Ruszyła w stronę budynku szybkim krokiem. Wnętrze wyglądało, jakby wyjęto je z zamku i odremontowano. Zamiast lamp były żyrandole, a zamiast drzwi – wielkie wrota. Leen opanowała westchnienie podziwu i rozejrzała się w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, gdzie ma iść.
Po kilku minutach znalazła drzwi z małym napisem „aula”. Wślizgnęła się do środka. Starsze klasy wystawiały jakieś przedstawienie, na powitanie pierwszych, ale nie można powiedzieć, że robili to chętnie.
Aileen zauważyła tabliczkę z napisem „1A” z tyłu sali. Wtopiła się w tłum i usiadła na wolnym miejscu wśród swojej nowej klasy.
Pięć minut później przedstawienie się skończyło, a wychowawcy prowadzili wszystkich do klas. Aileen starała się zapamiętać drogę, i mimo że ma dobrą pamięć, nie była w stanie. Skręcali tyle razy, że nawet gdyby rysowała mapę, to by się pogubiła, nie mówiąc już nawet o schodach, które pokonali.
- To jest nasza sala – powiedziała wychowawczyni, zatrzymując się przed drzwiami z numerem 13. W środku panowała zieleń. Zielone ściany, zielone ławki, zielona podłoga. Wszystko zielone.
Leen zajęła jedno z miejsc na samym tyle. Obok niej usiadła ładna blondynka.
- Cześć – uśmiechnęła się. – Nazywam się Katie Clark.
- Aileen Neveu. Albo Leen.
- Okay. Jesteś z Francji? Poznałam po nazwisku.
Aileen kiwnęła głową, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, odezwała się wychowawczyni:
- Kochani, jesteśmy na siebie skazani przez trzy kolejne lata. Mam nadzieję, że w tym czasie żaden nauczyciel nie odejdzie przez was na wcześniejszą emeryturę. Jestem Viktoria Beans. Będę waszą wychowawczynią, jak już pewnie zdążyliście się domyślić – Kobieta się uśmiechnęła. – A teraz, proszę, przedstawcie się i powiedzcie coś o sobie, żebyśmy chociaż trochę się poznali.
Z pierwszej ławki wstała blondynka o niesamowicie długich włosach. Miała je spięte w wysoki kucyk, ale i tak sięgały jej do kolan.
- Nazywam się Cynthia Greenley – powiedziała. – Mieszkam w Seoth od urodzenia. Fascynuje mnie wszystko, co jest tajne.
Leen przeleciało przez myśl, że ma coś wspólnego z tą blondynką. Ona od zawsze była zafascynowana swoją, hm, pracą. Cynthia usiadła, za to wstał chłopak z ławki przed nią.
- Jestem Daniel Valenns – odezwał się. – W zeszłym roku przeprowadziłem się tu z Los Angeles. Kocham siatkówkę i dziewczyny.
Pani Viktoria już chciała zwrócić mu uwagę, ale nie zdążyła.
- Nauczycieli, oczywiście, też. – Daniel wyszczerzył zęby w uśmiechu i usiadł. Aileen słuchała tylko jednym uchem. Bardziej skupiała się na bazgraniu po swoim planie lekcji, który przed chwilą otrzymała od wychowawczyni. Narysowała już karykaturę Matta, Nessy i swoją. Kogo by tu jeszcze… No tak, zapomniała o Chrisie. Zaczęła szkicować ogromną głowę, tymczasem wstała kolejna osoba.
- Josh Ravells. Mieszkam tu od dawna. Lubię dużo rzeczy – Chłopak wzruszył ramionami. – Ale najbardziej moich kumpli. I koszykówkę.
Leen odłożyła długopis i spojrzała na swoje dzieło. Matt wyszedł jej najładniej. Ziewnęła przeciągle. Była strasznie zmęczona. Podparła ręką głowę i spojrzała na chłopaka, który właśnie opowiadał o sobie. Mogłaby przysiąc, że serce na chwilę przestało jej bić. Nie mogła oderwać od niego wzroku.
- Leen? – Kate pomachała jej kilka razy ręką przed oczami. – Ziemia do Aileen, słyszysz mnie?
- Tak – mruknęła, odwracając głowę w stronę blondynki.
- Josh? – spytała niepewnie tamta. – Leen, ja go znam. Nie zawracaj sobie nim głowy. To ciemny typ.
- Nie wygląda na takiego. Tacy faceci nie mogą być źli.
- Jeszcze się zdziwisz. Naprawdę, odpuść sobie.
Ale Leen już nie jej słyszała. Josh, rozglądając się po klasie, spojrzał na nią! Uśmiechnęła się do niego, a on odwzajemnił uśmiech. Życie jest piękne!
Gdy przyszła kolej na nią, Katie musiała ją wypchnąć z ławki, żeby wreszcie zaczęła kontaktować. Wstała niepewnie i rozejrzała się po twarzach nowych znajomych. Wszyscy się na nią gapili, jakby była gigantyczną żelką, która śpiewa i tańczy. Mimowolnie oblała się rumieńcem. Wolała działać w ukryciu niż być w centrum uwagi. Zboczenie zawodowe.
- Więc... - zaczęła nieco niezręcznie. - Nazywam się Aileen Neveu, jestem z Francji i... ee... i tyle.
Już chciała usiąść, gdy nauczcielka ją powstzrymała:
- Nie sądzisz, że to trochę za mało?
Leen się zastanowiła.
- Nie.
- Cóż. A na przykład... jakie sa twoje zainteresowania?
Znów się zastanowiła. I co dziwne, nie znała odpowiedzi na to pytanie.
- Nie mam czasu na zainteresowania - powiedziała, zgodnie z prawdą. Gdy akurat ma wolny czas między jedną a drugą misją, po prostu robi wszystko na co tylko ma ochotę. Nigdy nie są to rzeczy, na które czeka od tygodni, tylko to, co akurat wpadnie jej do głowy. Czy zainteresowaniem można nazwać siedzenie przed telewizorem? Albo czytanie? Wymykanie się na imprezy MSR? Pożeranie ton lodów? Nabijanie się z ludzi w magazynach?
- Jak to: nie masz czasu? - spytał ktoś z głębi klasy. Aileen spojrzała w stronę, z której dochodził głos i zobaczyła, że Daniel wpatruje się w nią wyjątkowo natrętnie i ze zmarszczonymi brwiami. Zorientowała się, że powiedziała trochę za dużo.
- Ja... Miałam na myśli... ee... Mój brat. Muszę zajmować się bratem.
- Znam ten ból - zaśmiał się chłopak. - Mam siostrę.
Aileen się usmiechnęła i szybko usiadła. Zanim wychowawczyni zdążyła zaprotestować, wstała kolejna osoba.
Kiedy reszta klasy już się przedstawiła, pani Beans omówiła plan lekcji i wybierali przewodniczącego. Aileen zgłosiła kandydaturę Kate, która wygrała, mając na swoim koncie dwadzieścia trzy głosy – zdecydowaną większość. Po omówieniu kilku szczegółów dotyczących zwyczajów szkolnych, uczniowie mogli iść do domów. Leen wyszła z klasy z Katie i Danielem.
- No, to do zobaczenia jutro. – powiedziała blondynka. Leen kiwnęła głową i się uśmiechnęła.
- Tak, cześć.
Katie ruszyła w stronę srebrnego land rovera, należącego do jej ojca, Aileen patrzyła, jak wchodzi do auta i pomachała jej.
- To na razie - uśmiechnęła się do Danny'ego, który odwzajemnił gest. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale zadzwonił mu telefon. Odebrał z przepraszającą miną i, kłócąc się z kimś, ruszył przed siebie.
Aileen spojrzała na budynek szkoły. Chyba nie będzie tak źle jak myślała. To znaczy, sto razy bardziej wolałaby zostać we Francji i iść do liceum razem ze starymi przyjaciółmi, ale skoro już tu jest, to może spróbować żyć normalnie.
Odwróciła się z zamiarem pójścia do domu, ale przed nią stał Josh. Tak się go przestraszyła, że odskoczyła dwa kroki i ustawiła się w pozycji obronnej.
- Wyluzuj – Chłopak podniósł obie ręce na znak, że nic jej nie zrobi. Marzenia. Prędzej ona zrobi coś jemu. – Jestem Josh. Może gdzieś się przejdziemy?
- Możemy – odparła obojętnie brunetka. Starała się zachowywać najspokojniej, jak mogła. Od razu zapomniała o słowach Kate. – Nie znam tego miasta. Co proponujesz?
Chłopak udał, że się zastanawia.
- Może Coffee Cream?
- Niech będzie.
..::Seoth City::..
..::Coffee Cream::..
Aileen i Josh zajęli stolik w głębi lokalu. Dziewczyna zamówiła deser lodowy, podobnie jak jej towarzysz.
- Jestem w klubie sportowym, jutro gramy mecz. Może przyjdziesz? – zaproponował chłopak.
- Jasne, chętnie – odpowiedziała Leen. Powoli przestawała czuć się skrępowana, a pierwszy zachwyt minął. Ale mimo to ciągle uważała, że Josh jest wspaniały. – A w co grasz?
- Koszykówka.
Ona sama woli siatkówkę, ale kosz też jej pasuje. Potrafi dobrze wycelować piłkę – zwykle celuje laserem obezwładniającym we wrogów - zręcznie rzucić – nauczyła się tego, gdy podawała różny sprzęt Nessie, gdy dzieliła je przepaść między budynkami, podczas jednej z misji – i bardzo szybko biegać – niekiedy trzeba po prostu uciekać. Jednak komu by się chciało robić to na okrągło?
- A ty? – spytał Josh.
- Co ja?
- W co grasz? W końcu jesteśmy w klasie sportowej.
- Różnie – odparła niepewnie Leen po zastanowieniu. Nie może przecież powiedzieć, dlaczego naprawdę wybrała klasę sportową – po prostu jako trening, nie może wyjść z formy. – Lubię siatkę.
Przez najbliższą godzinę rozmawiali na różne tematy. Aileen zauważyła, że, poza sportem, nie mają żadnych wspólnych zainteresowań, ale szybko upchnęła tę bezużyteczną informację głęboko w umyśle.
..::Anglia, Slough::..
Chłopak, na oko siedemnastoletni, skradał się bezszelestnie po niebezpiecznej dzielnicy Slough. W uchu miał słuchawkę, a w dłoni laser. Kilka miesięcy pracy, wytężania umysłów i zdobywania informacji miało teraz swój finał.
Była to poważna misja, jak jedna z wielu. Policja nie była w stanie sobie poradzić. MSR musiało wkroczyć do akcji. Agent Tom Connors ze Slough został wytypowany na podstawie swoich zdolności do pełnienia funkcji przewodniczącego drużyny.
Teraz właśnie szedł za jednym członkiem gangu porywaczy. Pierwsze porwanie nastąpiło pół roku temu, ale ciała nie znaleziono. Oficjalnie wszyscy wierzyli, że ofiary gangu żyją, jednak co raz więcej osób zaczynało myśleć przeciwnie.
Tom był coraz bliżej ich głównej kwatery. Czuł to.
Nagle usłyszał jakiś metalowy dźwięk. Z przerażeniem spojrzał pod nogi. Puszka! Jak mógł kopnąć w puszkę? Porywacz, stojący jakieś kilkadziesiąt metrów od niego, odwrócił się gwałtownie i, wykrzykując różne przekleństwa, zaczął biec w całkiem inną stronę, niż wcześniej zamierzał iść. Starał się też strzelić do Connorsa, ale nie trafił.
- Gońcie go! – wrzasnął chłopak do mikrofonu przy słuchawce. Przez minutę czy dwie nie usłyszał żadnej odpowiedzi, aż w końcu odezwała się Lisa, jedyna dziewczyna w grupie:
-
Za późno. Zwiał.
- Znowu nic… - warknął zdenerwowany Tom. To już czwarty raz, gdy porywaczom udało się uciec MSR. Robią się coraz bardziej ostrożni. Nagle chłopak zauważył małą kartkę, która wypadła uciekającemu mężczyźnie. Szybko do niej podbiegł i przeczytał wydrukowane informacje. Westchnął. - Seoth, zgłoś się.
Czujniki MSR w Seoth City wyłapały przekaz. Częstotliwość zrównała się z tą w odbiorniku Connorsa.
-
Nadawaj, koleś. Ee, to znaczy, Siedziba MSR, Seoth City. O co chodzi?
- Mamy problem… - powiedział wolno Tom.
..::Seoth City::..
..::Coffee Cream::..
Aileen słuchała po raz czwarty jak Josh zablokował kiedyś rzut swojego przeciwnika. Zdążyła już zjeść cały swój deser, podczas gdy chłopak nawet go nie tknął, zajęty mówieniem. Nadawał przez cały czas, ale jej wcale to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – mogła się spokojnie zająć wyobrażaniem Josha na boisku. Pierwszą myślą, jaka przyszła jej do głowy było widowiskowe zdobycie punktu, ale dla przeciwnej drużyny. Sama nie wiedziała, dlaczego. Nagle poczuła, jak jej zegarek wibruje.
- Josh – powiedziała. Chłopak jednak w ogóle nie zareagował – zupełnie, jakby jej nie słyszał. – Posłuchaj mnie przez chwilę.
Josh dopiero teraz przerwał opowiadanie z najdrobniejszymi szczegółami, jak odbił piłkę drugiej drużynie. Spojrzał na Leen, jakby spadła z nieba. Chyba jeszcze żadna dziewczyna mu nigdy nie przerwała.
- O co chodzi?
- Idę do toalety. Zaraz wracam.
- Ach, jasne.
Dziewczyna wstała i skierowała się na tyły kawiarni. Znalazła drzwi oznaczone rysunkiem kobiety i weszła przez nie do łazienki. Na szczęście była pusta. Podniosła rękę na wysokość klatki piersiowej i nacisnęła największy przycisk na zegarku. Nad nim pojawił się mały hologram przedstawiający Jamesa Wrighta – głównego szefa agentów z USA (przyp. aut. Seoth City i Cyrell City [tam mieszka Matt] znajdują się w stanie Maryland, w Stanach Zjednoczonych).
- Co się dzieje, sir? – spytała Aileen.
-
Mamy problem. Słyszałaś na pewno o gangu porywaczy.
Dziewczyna skinęła głową. Który agent nie słyszał? Było o tym głośno od miesięcy.
-
Zostałaś przydzielona do załogi.
- Słucham? – Ze zdziwienia aż otworzyła usta. – Mam lecieć do Anglii, sir? Teraz, kiedy zaczął się rok szkolny?
-
Nie, zostajesz w Seoth.
Aileen chciała coś powiedzieć, ale postanowiła siedzieć cicho i słuchać dalej. Wright to wyczuł i kontynuował:
-
Jeden z agentów znalazł coś, co może nam się bardzo przydać.
- Co to było, sir?
-
List, który zawierał wskazówki. Gang przenosi się do Seoth. Więcej nie wiemy. Drużyną dowodzi Aleksander Prescott. Pośpiesz się.
- Tak jest, sir. – Leen kiwnęła głową. Hologram zniknął, ona opuściła rękę. Alex Prescott? Nigdy go nie widziała, ale w MSR wiele się o nim mówiło. Miał najlepsze wyniki od trzech lat. W ciągu całej swojej kariery agenta zawalił akcję tylko i wyłącznie jeden raz, gdy okazało się, że człowiek, którego miał ścigać był jego sąsiadem i go rozpoznał.
Aileen się uśmiechnęła, będzie pracowała z legendą!
Wyszła z łazienki. Josh opierał się luzacko o stolik.
- Jest już późno. – powiedziała Aileen. Chłopak nie ruszył się z miejsca.
- I co z tego? – spytał.
- To, że muszę wracać do domu. – powiedziała i ruszyła w stronę wyjścia.
- Hej, zaczekaj! – zawołał Josh. Dziewczyna stanęła i odwróciła się. Że też muszą jej przerywać w środku takiego pięknego spotkania!
- Naprawdę się śpieszę… - zaczęła, ale chłopak nie pozwolił jej skończyć.
- Okay, rozumiem. Też będę już szedł. Mam do ciebie prośbę.
- Hm?
- Mogłabyś zapłacić? – Josh zrobił minę męczennika. – Wiesz, zbieram na nową komórkę…
Aileen uśmiechnęła się. Właściwie zapomniała o należności za deser.
- Oczywiście – powiedziała. Wyciągnęła z kieszeni banknot i podała go kelnerce. Ta uśmiechnęła się uprzejmie i poszła do innych gości. – Do jutra.
Aileen wyszła z budynku. Tuż przed nosem kiwała jej się drabinka linowa. Spojrzała w górę. Helikopter. Szybcy są.
Zaczęła wspinać się na pokład. Nie było to zbyt proste, biorąc pod uwagę, że musiała dodatkowo przytrzymywać torebkę i wciąż miała na sobie odświętne spódniczkę i bluzkę ograniczajace ruchy i wyjątkowo niewygodne szpilki.
Tymczasem Josh postanowił wrócić do domu. Skierował się w stronę wyjścia z kawiarni.
- Przepraszam – Stanął za nim ochroniarz. – Nie uregulował pan należności.
- Jak to, nie? Dziewczyna, która przed chwilą wyszła. Ona zapłaciła.
- Przykro mi. Zapłaciła za siebie.
Josh zgrzytnął zębami. Wyciągnął z kieszeni odpowiednią sumę pieniędzy, dał ją ochroniarzowi i wyszedł. Rozejrzał się w poszukiwaniu Leen. Ulice były opustoszałe. Bo kto normalny chodziłby gdzieś w taki skwar? Nigdzie jej nie zobaczył. Westchnął i ruszył w stronę swojego domu. Nad nim przeleciał helikopter.
..::Helikopter MSR::..
W helikopterze było łącznie dziesięć osób. Aileen znała mniej więcej połowę – głównie z widzenia. Czasem mijali się na korytarzach siedziby.
- Widział ktoś Aleksa? – spytała drobna ruda dziewczyna, rozglądając się.
- To jego tu nie ma? – zdziwił się Chris, który chwilę wcześniej machał do Leen.
- Nie, nie ma. Matt, o co chodzi? – Ruda zwróciła się do pilota. – Alex jest dowódcą, powinien być tu pierwszy.
- Teoretycznie.
- Nie rozumiem – powiedział brunet, którego Leen widziała po raz pierwszy. – Co masz na myśli, mówiąc ‘teoretycznie’?
- Otrzymałem wskazówki, by zabrać waszą dziewiątkę. O Aleksie nic nie wiem.
- A gdzie my w ogóle lecimy? – spytała Aileen. Agenci spojrzeli po sobie. – Nie mówcie mi, że nikt nie wie.
- Okay, nie powiemy. – odezwał się Chris. Dziewczyna odetchnęła.
- To dobrze.
- Ale nikt nie wie. – dodał po chwili. Leen wzniosła oczy do nieba.
- To może zastanówmy się nad tym, co wiemy? – zaproponowała dziewczyna o gęstych czarnych włosach.
- To, jak na razie, najlepszy pomysł. I proponuję się przedstawić – powiedział Chris. – Większość z nas się nie zna.
W ciągu następnej minuty Aileen dowiedziała się, że jest w drużynie z Dianą, Laylą, Ashią, Marco, Thomasem, Brianem, Johnem, Chrisem i, oczywiście, Aleksem, którego nie było. Imiona zapamiętała w miarę szybko, miała jednak niewielkie trudności z przydzieleniem ich do właściwych osób - poza Chrisem.
Okazało się też, że nikt nic nie wie. No, poza tym, że chodzi o gang porywaczy.
- Mam pomysł – powiedziała niepewnie Layla. – Dopóki Alex się nie pojawi, wybierzmy innego dowodzącego. Nie możemy inaczej działać, bo każdy będzie robił, co chce.
- Masz rację. – przyznała Aileen, której ten pomysł wydał się całkiem sensowny.
Po naradzie, nieoficjalnym szefem został Brian - głownie dlatego, że dowodził najwięcej razy i po prostu wiedział, jak kierować zespołem.
- Nic więcej nie wymyślimy. – stwierdził Marco.
- Racja. – mruknęła Ashia.
- Okay, jeśli ktoś zdobędzie jakieś informacje, zbieramy zespół – Brian wzruszył ramionami. – W takiej sytuacji nie możemy zrobić nic innego.
- Mogę was wszystkich wysadzić w centrum…? – spytał Matt, szczerząc zęby w uśmiechu.
Kilka minut później, John jako ostatni zszedł po drabince prosto na rynek. Ludzie zatrzymywali się, żeby pooglądać niecodzienny widok. Thomas z Dianą podeszli do nich, a po chwili wrócili do grupy. Gapie zaczęli się rozchodzić w ekspresowym tempie.
- Co wy im zrobiliście? – spytała zdziwiona Aileen.
- Powiedzieliśmy, że eskortujemy wilka ze wścieklizną do zoo. – odparła Diana.
- Wilk ze wścieklizną? W Seoth nie ma zoo.
- Uwierzyli? – Rozbawiony Brian stanął obok nich. Thomas kiwnął głową.
- Żyjemy w mieście idiotów. – stwierdził Chris.
- Ja lecę – powiedziała Layla. - Mama mnie zabije, bo myśli, że ciągle siedzę w łazience. Do zobaczenia.
Dziewczyna pobiegła w stronę budynku z napisem „Biblioteka miejska”, skręciła przy nim w prawo. Reszta agentów też wróciła do domów, helikopter dawno odleciał. Na rynku zostali jeszcze tylko Aileen i Chris.
- To na razie, Leen. – powiedział chłopak i ruszył wolnym krokiem przed siebie.
- Czekaj. – Aileen podbiegła do niego.
- Hm?
Dziewczyna chwilę się wahała.
- Jak mam dojść na Vail Street? – spytała szybko. Och, jakie to żenujące nie wiedzieć, jak trafić do własnego domu. Blondyn wydawał się rozbawiony.
- Vail Street?
- Tak, Vail Street. Powiesz mi, jak się tam dostać, czy mam cię trzasnąć w łeb?
- Dobra, dobra – zaśmiał się Chris. – Widzisz tamte bloki? – Wskazał na cztery budynki, stojące niedaleko. Brunetka kiwnęła głową. – To tam. Osiedle Vail, o nie ci chodzi, tak?
- Tak.
- Idź cały czas tą ulicą, a później w prawo – Chłopak się uśmiechnął. – A jak się zgubisz, to daj znać.
- Dzięki, Chris.
- Zawsze do usług – Puścił do niej oko. – No, to spadam.
Chłopak oddalił się i zniknął za rogiem biblioteki. Aileen westchnęła i ruszyła w stronę Vail Street, zgodnie ze wskazówkami Chrisa.
..::Później::..
..::Pokój Aileen::..
Po przyjściu do domu Leen od razu weszła do łóżka. Przykryła się kołdrą po szyję i zamknęła oczy.
- Leen? – Do pokoju weszła jej mama, Natalie. – Źle się czujesz?
- Nie. – mruknęła dziewczyna, naciągając kołdrę na nos.
- Rano wybiegłaś bez słowa – powiedziała kobieta i usiadła w nogach łóżka. – A teraz wracasz tak późno. Co się dzieje?
- Po prostu jestem zmęczona, mamo – jęknęła Aileen. – Proszę, daj mi się wyspać.
- Ale jest dopiero piętnasta – odparła zdziwiona Natalie. – Kochanie, co ty robiłaś w nocy?
- Włamywałam się do budynku MTV w Los Angeles i wykradałam listę z nazwiskami tajnych agentów. – Aileen naciągnęła kołdrę na głowę. Jej mama się roześmiała.
- Świetny żart. Następnym razem nie siedź do rana przy komputerze.
- Dobrze.
- Miłych snów.
Natalie wyszła z pokoju, a Leen nareszcie mogła cieszyć się spokojem i ciszą. Przez chwilę leżała, przywołując w wyobraźni obraz Josha, aż w końcu zasnęła.
..::Avalon::..
..::Łazienka dziewczyn::..
Minął tydzień. Aileen zaczęła częściej spotykać się z Joshem. Nie udało jej się znaleźć żadnych informacji na temat porywaczy ani też nie dostała wiadomości od nikogo innego, Alex wciąż się nie pojawił. Rada uważa, że kartka mogła być zmyłką, ale zespół Briana nie chce się poddać. Marco, który skończył kurs hakerski, od sześciu dni stara się zlokalizować położenie członków gangu, ale rezultatów ciągle brak.
Leen stała oparta o ścianę. Obserwowała, jak Kate maluje usta błyszczykiem.
- I jak? – spytała blondynka, odwracając wzrok od lustra.
- Świetnie – Aileen się uśmiechnęła. – Co teraz mamy?
- Chyba… - Katie zmarszczyła czoło, usiłując przypomnieć sobie plan lekcji. – Informatyka.
- Okay, no to chodźmy. – Brunetka wyszła z łazienki, a jej koleżanka poszła za nią. Dotarły na najwyższe piętro – gdzieś tu jest sala informatyczna.
- I co teraz? – spytała Katie rozglądając się wokół. Nie miała pojęcia, gdzie powinna pójść.
- Może kogoś spytamy? – zaproponowała Aileen i ruszyła w stronę grupki wyrośniętych trzecioklasistów.
- Żartujesz? – Blondynka chwyciła ją za rękę. – Jesteśmy o połowę mniejsze od nich!
Leen przyjrzała się paczce uczniów.
- Mniejsze, owszem – powiedziała. Odwróciła głowę w stronę Kathy i uśmiechnęła się. – Ale nie słabsze.
Kathleen cofnęła się pod ścianę z niezbyt pewnym wyrazem twarzy, a Aileen podeszła do chłopaków.
- Cześć – powiedziała z uśmiechem, choć trochę niepewnym. Trzecioklasiści oderwali się od rozmowy na temat jakichś dziewczyn i spojrzeli na nią zdziwieni. Bo czego może chcieć od nich szesnastolatka? – Szukam sali informatycznej. Moglibyście mi pomóc?
- Spoko, mała – roześmiał się najwyższy. – Do końca korytarza, ostatnie drzwi po lewej.
- Dzięki. – uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Do usług. – odparł kolejny chłopak. Trzeci tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Aileen odwróciła się i podeszła do koleżanki.
- Są mili. – powiedziała.
- Tak, pewnie. Wiesz już, gdzie jest ta sala?
Kiwnęła głową. Razem z Katie poszły do końca korytarza, po lewej stronie znajdowały się szerokie drzwi.
- To chyba tu – odezwała się Aileeni oparła się o ścianę. Niedaleko nich przechodził jej znajomy. – Hej, Jooosh!
- Leen, proszę – jęknęła Kathy. – On nie jest dobrym materiałem na chłopaka, wiem co mówię…
- Cześć, Aileen – Josh podszedł do nich, uśmiechając się luzacko. – Jak leci?
- Wszystko dobrze. Co teraz masz?
- Angielski – Chłopak udał odruch wymiotny. Dziewczyna uniosła jedną brew, ona lubi ten przedmiot. Ponieważ ich klasa liczyła więcej niż trzydzieści osób, byli podzieleni na dwie grupy – dziewczyn i chłopców. Lekcje takie jak, na przykład, informatyka i angielski mieli osobno. – Nie łapię, po co komu ten język.
- Mówisz tym językiem. – zauważyła chłodno Kate.
- Nie wtrącaj się, Clark – odparł Josh. – Leen, może zobaczymy się dzisiaj po szkole?
- Jasne, z chęcią – powiedziała brunetka, uśmiechając się. – To cześć.
- Na razie.
Chłopak odszedł korytarzem. Aileen patrzyła, jak znika za rogiem.
- Leen! – zawołała Kathleen. – Czy ty tego nie widzisz? On tobą manipuluje…
- Przestań już, Katie, proszę.
Zadzwonił dzwonek. Przyszedł Andrew Lonnes - nauczyciel informatyki, i wpuścił dziewczyny do klasy. Wszystkie zajęły stanowiska.
- To jest nasza pierwsza wspólna lekcja? – spytał nauczyciel. Miał czarne włosy, w które wplatało się już trochę siwizny, a jego oczy były niebieskie.
- Nie, druga. – odezwała się Cynthia.
- Dzisiaj wyjątkowo będziecie miały czas wolny. Muszę przygotować formularze dla klas trzecich.
Dziewczyny kiwnęły głowami. Łącznie było ich siedemnaście – dokładnie tyle, ile komputerów w pracowni. Lonnes wyszedł. Aileen i Kate siedziały obok siebie. Leen włączyła pocztę, a Katie od razu weszła na swoją stronę internetową.
- Ale ten złom wolno chodzi – mruknęła, co Aileen potwierdziła kiwnięciem głowy. Jej konto nigdy nie ładowało się tak długo. – No, nareszcie.
Na monitorze Kathy otworzyła się błękitna strona, dziewczyna zaczęła coś pisać na klawiaturze. Leen poczekała jeszcze chwilę, a jej również załadowała się poczta. Najnowsza wiadomość była strasznie duża - to ona spowolniła ładowanie. Ale Aileen zwróciła na nią szczególną uwagę, ponieważ jej temat: „MSR: Zanim otworzysz, załóż słuchawki!” zmieniał kolory z jaskrawoczerwonego na jaskrawozielony.
Dziewczyna rozejrzała się w poszukiwaniu tego, co można by nazwać słuchawkami, ale to nic nie dało. Westchnęła i zaczęła szukać małego pudełka w swojej torbie. Kilka minut później, po wyjęciu połowy książek, znalazła je. W środku znajdował się odtwarzacz mp3. To znaczy, coś, co wyglądało jak odtwarzacz mp3. W rzeczywistości był to sprzęt komunikacji. Leen odłączyła od niego słuchawki i wpięła je w otwór w głośniku.
- Co robisz? – spytała Kate, odrywając się od pisania.
- Nic takiego… - mruknęła Leen. Najechała myszką na temat wiadomości i kliknęła. Poczekała chwilę, aż druga strona załaduje połączenie.
-
Aileen, coś się zaczyna dziać. …jesteś w szkole?
Rozpoznała głos Chrisa.
- Tak. Coś ruszyło? – spytała szeptem, by blondynka nic nie usłyszała. Słuchawki wychwyciły dźwięki jej głosu i przesłały je do chłopaka.
-
Brian mówi, że tak. Ja tylko przekazuję wiadomość. Nic więcej nie wiem. Równo o czternastej bądź przy wejściu do twojej szkoły.
- Okay, cześć.
Aileen wyłączyła wiadomość i odłączyła słuchawki. Schowała komutator i spojrzała na zegarek. Za pięć minut będzie czternasta.
Dziewczyna zaczęła szybko pakować swoje książki, walające się po podłodze.
- Katie, powiedz Lonnesowi, że źle się czułam, dobrze?
- Nie ma sprawy. Ale co się…
- Kiedyś ci wyjaśnię, tylko proszę, nie wydaj mnie. Do zobaczenia.
- Ale…
Aileen szybko wyszła z klasy, zostawiając zdziwioną koleżankę.
komentarze [14]Notka o tytule: Rozdział II
Napisana dnia: sobota, 16 grudnia 2006
O godzinie: 19:21:35
A więc...
..::Gdzieś nad USA::..
..::Helikopter MSR::..
- Więc co właściwie mamy zrobić? – spytała po raz kolejny Nessa. Leen i Chris już prawie spali.
- Odzyskać głupie kartki – mruknęła sennie Aileen. – A teraz, z łaski swojej, zamknij się, Ness.
- Popieram – chrapnął Chris.
Vanessa obdarzyła ich oburzonym prychnięciem, ale nic nie powiedziała. Z westchnieniem spojrzała na chłopaka, który próbował chociaż trochę się wyspać. Prawie leżał w fotelu naprzeciwko niej z zamkniętymi oczami. Słodko tak wygląda!
Aileen siedziała obok swojej przyjaciółki w takiej samej pozycji jak Chris. Oboje brali udział w poprzedniej misji i byli padnięci. Blondynka miała to szczęście, że jej nie wytypowano.
- Jesteśmy – odezwał się Matt. Helikopterem rzuciło lekko do przodu, gdy chłopak energicznie go zatrzymał.
Leen otworzyła niechętnie oczy. Nie potrafiła powstrzymać ziewnięcia. Zresztą, nie tylko ona - Chris musiał przycisnąć sobie obie dłonie do ust.
- Ale z was lenie. – powiedziała Nessa, obserwując, jak jej partnerzy powolnie się zbierają.
- Zrób mi tą przyjemność – ziewnęła Aileen. – i przestań mnie irytować.
- Och, Leen – zaśmiała się blondynka. – Starzejesz się, kochana.
W odpowiedzi dostała kuksańca w ramię.
Cała trójka zebrała się koło Matta, który znał szczegółowe plany ich misji.
- Okay, słuchajcie, bo nie mamy czasu. Przez nieuwagę jednego z agentów, lista z nazwiskami dostała się w ręce mediów.
- Z czyimi nazwiskami? – spytał Chris.
- Agentów, matole – odparł Matt. – Z waszymi, z moim. No, ze wszystkimi.
- W ręce mediów… - powtórzyła Nessa. – O nie. To oznacza, że…
- Że już po nas? – zaproponowała Aileen. – Jeśli media to rozpowszechnią, to MSR padnie. Wszyscy będą wiedzieć, kim jesteśmy, więc nic nie zrobimy.
- Masz rację, Leen, ale nie do końca – powiedział Matt. – Lista jest w głównej siedzibie MTV w Nowym Jorku…
- MTV? – powtórzyła Vanessa.
- Tak, MTV. Stacja muzyczna, ale też może namieszać. No więc, lista jest w siedzibie MTV. Ale na razie nikt jej nie otworzył. Jest w gabinecie dyrektora. Musicie ją znaleźć i…
- I zniszczyć – dokończył Chris.
- Nie! – zareagował Matt. – Musi być w całości.
- Bułka z masłem – Aileen machnęła ręką. – Daleko jeszcze?
- Jesteśmy dokładnie nad budynkiem MTV.
- Świetnie. – Cała trójka jednocześnie wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Drzwi helikoptera otworzyły się, gdy Matt wcisnął odpowiedni przycisk na konsoli.
- Skaczecie? – spytał. – Czy dać linkę?
- Skaczemy. – powiedzieli równocześnie.
Pierwszy poszedł Chris, przykucnął przy wyjściu. Nessa i Aileen jednocześnie westchnęły, gdy wiatr zaczął targać jego włosami na wszystkie strony. Chłopak skoczył.
Leen podeszła do krawędzi i spojrzała w dół.
- Wszystko w porządku – zawołał Christian, kończąc skanowanie terenu. – Nie ma kamer.
Aileen kiwnęła głową i zgrabnie ześlizgnęła się z pokładu helikoptera, a chwilę po niej na dachu wylądowała Vanessa.
- Od czego zaczynamy? – spytała.
- Może najpierw wejdźmy do środka. – zaproponował wspaniałomyślnie blondyn. Dziewczyny rozejrzały się w poszukiwaniu czegoś, przez co dałoby się wślizgnąć do budynku.
- Wywietrznik – zauważyła Nessa. – Można by się przez niego dostać do jakiejś łazienki. A stamtąd to już prosto.
- Nienawidzę wywietrzników – jęknęła Aileen. – Są strasznie ciasne.
- Co ty? Masz klaustrofobię? – spytał Chris, robiąc śmieszną minę. Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- Nie boję się, tylko nie lubię. To różnica.
Miała klaustrofobię odkąd pamieta. Coś, co jest mniejsze od windy w ogóle nie powinno istnieć. Ale wolałaby chyba umrzeć niż przyznać się do tego przed Chrisem.
Podeszła do kraty wywietrznika i spróbowała ją wyciągnąć. Nie udało jej się, była przyspawana. Nacisnęła górny przycisk na nausznej latarce , która służyła również jako komunikator oraz laser. Miała też jeszcze kilka innych opcji. Wystrzelił z niej jaskrawozielony promień i przeciął zespawane części wywietrznika. Aileen wyciągnęła kratę i położyła z boku. Spojrzała w ciemną otchłań szybu wentylacyjnego – z tego, co widziała, ciągnął się w dół. Świetnie, nie dość, że ciasny to jeszcze całkiem ciemny. Poczuła, że nogi zaczynają jej się trząść. Chris nie może tego zobaczyć. – No, to do zobaczenia na dole. – powiedziała szybko i wślizgnęła się do środka, zanim zdążyła zrezygnować.
To było jak zjazd na długiej i stromej zjeżdżalni. Tyle ciężko jest z wyjściem. Nigdy nie wiadomo, co czai się na jej końcu. Czy spadnie się do kosza z brudnymi ubraniami, czy na twardą podłogę, a może do wanny pełnej wody?
Leen zobaczyła małe światełko. Jak to mówią w filmach: „i cokolwiek się stanie, nie idź w stronę światła”. Tyle, że ona nie miała wyboru. Chociaż… może miała?
Szybko odpięła od pasa linę przyssawkową i przyczepiła ją do ściany szybu. Udało się, przestała spadać. W samą porę – kilka sekund później wpadłaby z łoskotem do męskiej łazienki, w której stało dwóch mężczyzn. Rozmawiali o produkcji jakiegoś nowego programu.
Aileen zorientowała się, że długo nie może tak wisieć. Zaraz spadną na nią Chris i Nessa. Nie da rady ich utrzymać. Musi coś wymyślić, bo inaczej jej kręgosłup złamie się jak zapałka. Tylko, że co mogła zrobić teraz, uwięziona w szybie wentylacyjnym nad męską toaletą? Po kilku sekundach przyszła odpowiedź - musi po prostu powiadomić pozostałą dwójkę, żeby chwilę zaczekali. Przecież to było oczywiste.
Leen usłyszała kroki, spojrzała w dół. Dwaj mężczyźni wyszli z łazienki. I całe szczęście, bo w szybie było słychać odgłos spadającego wora kartofli – pozostała dwójka pośpieszyła się z zejściem na dół. Teraz już jej nic nie da, jeśli się z nimi skontaktuje.
Aileen odłączyła przyssawki. W jednej chwili opadła na kratę, która wygięła się pod jej ciężarem, aż w końcu puściła. Dziewczyna spadła na podłogę zbyt szybko, żeby jakoś się zabezpieczyć przed bólem.
- Ała… - jęknęła, pocierając prawe biodro, o które uderzyła. Wstała z podłogi, naprzeciw niej były dwa duże lustra.
- O rany, jak ja wyglądam. – bąknęła. Włosy wystawały jej spod gumki i sterczały na wszystkie strony. Jeśli ma wykraść tę listę, to musi się pokazać, ale w takim stanie wygonią ją stąd w tempie ekspresowym. Zaczęła energicznie wygładzać sterczące kosmyki dłońmi. Kilka sekund później z szybu wypadła Nessa.
- Jesteśmy w środku, co dalej?
- Najpierw musimy zaczekać, aż Chris się tu pofatyguje – odparła Leen. Chwilę później chłopak zeskoczył obok nich. – No, to bierzmy się do roboty.
- Mieliśmy nie robić szumu. Myślę, że będzie go mniej jeśli udamy po prostu zwykłe dzieciaki. – powiedział Christian.
- Zwykłe dzieciaki w tym? - Nessa chwyciła trochę materiału kombinezonu na ramionach i pociągnęła.
- Udajmy, że gramy w jakims teledysku czy coś - zaproponowała Leen. - W razie wpadki możemy dostać histerii.
- W razie wpadki możemy dostać histerii? - powtórzył Chris ze sceptyczną miną.
Aileen zdała sobie sprawę, jak to głupio zabrzmiało. Zaczerwieniła się lekko. Znowu wychodzi na idiotkę przed Chrisem!
- Miałam na myśli to, że jak nas złapią, będziemy mogli udawać maniakalnych fanów. Na pewno jest tu ktoś sławny, w końcu to MTV. Pomyślą, że wślizgnęliśmy się, żeby zdobyć autograf czy coś takiego. Albo, jeśli sytuacja na to pozwoli, jeszcze lepiej będzie zwiać.
Chris i Vanessa zamrugali jednocześnie.
- Więc? - ponagliła ich Leen. Spojrzała na zegar wiszący nad lustrami. Prawie jedenasta.
- Zostaje - oświadczył Chris. - Nie mamy czasu na wymyslanie czegos bardziej skomplikowanego. Podzielmy się na dwie drużyny. Drużyna pierwsza odwróci uwagę, drużyna druga wykradnie listę.
- Dobry pomysł – powiedziała Nessa po zastanowieniu. – Wolę odwracać uwagę.
- Ja mogę wziąć ten głupi papier – Aileen stłumiła ziewnięcie. Ciągle była zmęczona. – To nie będzie trudne, poradzę sobie sama.
- Okay, więc ja będę z Nessą. – Chris wysunął do przodu rękę. Dziewczyny położyły na niej swoje dłonie. – Do dzieła.
..::USA, siedziba MTV::..
..::Zespół pierwszy::..
..::Korytarz::..
Chris i Vanessa starali się nie zwracać niczyjej uwagi. Oboje mieli założone nauszne latarki – tym razem w użyciu jako komunikatory - jednak nie rzucały się w oczy. Prawie każda osoba, którą mijali, miała podobny sprzęt. I nawet nie tylko sprzęt. Minęli już dwóch kosmitów, jedengo spidermana i z dziesięć duchów. W takim towarzystwie dwójka agentów nie przyciągała uwagi.
- Co tu robicie? – Wysoka brunetka z ostrą miną stanęła przed nimi. Zanim którekolwiek zdążyło się odezwać, kobieta dodała: - Nie powinniście być na planie?
- Na planie? Ach, tak, oczywiście. Już idziemy – Nessa posłała kobiecie jeden ze swoich najmilszych uśmiechów. Ta również się uśmiechnęła i zniknęła za zakrętem. – Lepiej się pospieszmy.
..:: Zespół drugi::..
..::Męska łazienka::..
Aileen czekała na znak od Chrisa i Nessy. Schowała się w jednej z dziesięciu wielkich kabin, na wypadek, gdyby ktoś wszedł.
-
Leen? Słyszysz mnie?
Dziewczyna poprawiła słuchawkę w uchu.
- Tak, Matt. Masz coś dla mnie?
-
Przesyłam do twoich okularów rentgenowskie zdjęcie budynku.
- Świetnie – ucieszyła się brunetka. – Przyda się.
-
To jeszcze nie wszystko - powiedział Matt. -
Zaraz otrzymasz plik z obrazem z wewnętrznych kamer.
- Okay.
Leen podniosła dłoń do ucha, gdzie zamocowany był komunikator i przycisnęła jedną z wystających części. Latarka nauszna zaczęła sie składać i rozkładać, tworząc zupełnie nową konstrukcję, przypominającą okulary słoneczne, jednak zamiast normalnego obrazu, dziewczyna widziała, jak gdyby miała rentgen w oczach. Mnóstwo jaskrawych kresek. Żadnych ścian, żadnej podłogi. W prawym górnym rogu zaczęła migotać ikonka pióra, symbolizująca nową wiadomość – zapewne od Matta.
-
Doszło?
- Doszło – potwierdziła. – Dzięki.
-
Nie ma sprawy. Powodzenia – powiedział chłopak. -
Wyłączam się, Aileen, bez odbioru.
Spojrzała na ikonkę i mrugnęła okiem – właśnie potwierdziła odbiór. Mrugnęła jeszcze raz, a zawartość pliku się otworzyła.
Przed oczami zamajaczył jej napis: „Proszę wybrać lokalizację”. Kolejne mrugnięcie i mogła wybierać między różnymi pomieszczeniami.
- Gdzie jesteście? – spytała, uaktywniając mikrofon podłączony do słuchawki.
-
Przed gabinetem. Możesz zaczynać. - odpowiedziała Nessa.
Leen w opcjach wybrała korytarz, na którym był zespół pierwszy. Kamera była tak ustawiona, że można by się przemknąć niezauważoną, ale jeśli przypadkiem wejdzie w pole widoczności, ich plan się zawali – bo jeśli kamery nie uchwycą jej obecności, nie będzie można potwierdzić, że rzeczywiście tu była. I na odwrót. Jeśli uchwycą – może być problem, bo raczej nie można wchodzić do gabinetu dyrektora ot tak i do tego zabierać jakieś dokumenty.
Dziewczyna włączyła w okularach opcję podczerwieni. Okay, droga wolna, pomyślała i wyszła z kabiny. Rozejrzała się. W pobliżu łazienki nikogo nie było. W końcu nie widziała ani ścian, ani podłogi, tylko ludzi, kreski i jaskrawo-zielone plamy – obszar, który obejmowały kamery. W efekcie rozbolała ją głowa.
Ale przynajmniej wiedziała, że na nikogo się nie natknie, wychodząc z tej łazienki. No, w końcu była męska. Co by powiedziała temu komuś?
Nie zauważyłam znaczka ?
Aileen wyszła na korytarz i ruszyła w stronę gabinetu dyrektora, omijając obszary kamer. Wyglądało to tak, jakby chodziła slalomem. Dobrze, że w zasięgu wzroku nie było ludzi.
No, bo kto normalny chodzi slalomem po pustym korytarzu?
..::Zespół pierwszy::..
..::Przed gabinetem głównego dyrektora::..
- Zaczynamy? – spytał Chris szeptem.
- Zaczynamy – Nessa kiwnęła głową. Strasznie trudno było jej się skupić w takiej chwili. Nie dlatego, że gra toczyła się o przyszłość MSR. Nie, wcale nie dlatego.
Jest z Chrisem sam na sam! Była pewna, że Leen też wykorzystałaby taką sytuację. Oczywiście, nie rzuci się na niego. Nic z tych rzeczy. Musi się tylko postarać wypaść, jak najlepiej. Może wtedy blondyn zwróci na nią uwagę…?
- Ten facet ma aparat! – wrzasnęła, wskazując na niczego nie podejrzewającego mężczyznę, który stał przypadkiem obok nich. – Jak ja mam pracować w takich warunkach?!
W ich kierunku od razu rzucili się ochroniarze, przypominający goryli – aktorzy mogą czuć się bezpiecznie. Żaden niechciany paparazzi nie ma prawa przeszkadzać w pracy na planie.
- Co się dzieje? – Najwyższy i najbardziej masywny ochroniarz stanął przed Vanessą.
- Ten koleś fotografuje moją dziewczynę! – oburzył się Chris. Oczywiście, był to element planu, ale Nessa i tak poczuła się najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Słowa „moja dziewczyna” brzmiały w ustach blondyna tak niesamowicie.
- Pańska godność? – Ochroniarz zwrócił się do zdziwionego mężczyzny.
- Thomas Danally – odparł tamten. – To nieporozumienie. Jestem producentem!
Podniósł do góry plakietkę upoważniającą do pobytu w budynku.
Nessa i Chris spojrzeli na siebie.
- Plan C – powiedział chłopak
- Co? – wyrwało się ochroniarzowi.
- A co się stało z planem B? - zdążyła jeszze wysapać Nessa, zanim Chris pociągnął w stronę schodów, ich śladem popędziła cała grupa uzbrojonych mężczyzn.
Minęli małą tabliczkę z napisem: „Jesteś na siedemnastym piętrze”. W głowie Chrisa zrodził się pewien pomysł.
- Na szesnaste piętro! – wrzasnął, jak mógł najgłośniej – ochroniarze muszą go usłyszeć. Blondynka spojrzała na niego, nie rozumiejąc.
- Dlaczego na szesnaste? – spytała szeptem, gdy wbiegli za róg.
- Dla zmyłki. – odparł chłopak i pociągnął ją w stronę schodów w górę. Nie byli dość szybcy, by wbiec na półpiętro, gdy zza zakrętu wybiegł ich pościg.
Chris i Nessa odruchowo kucnęli, tak, by barierka schodów ich zasłoniła.
- Pobiegli na szesnaste piętro. – zawołał jeden z ochroniarzy, a chwilę później wszyscy zbiegli w dół.
- Mam nadzieję, że Leen zdążyła. – powiedział blondyn. Vanessa kiwnęła głową.
- Oby. Bo nie mam ochoty wracać tu jutro drugi raz.
..::Zespół drugi::..
..::Korytarz::..
Aileen poruszała się sprawnie między kamerami. Do czasu…
- Co tu robisz? Nie zgubiłaś się przypadkiem? Poza tym, jest noc. – powiedziała Jennifer Holsey, jeśli nazwisko na jej identyfikatorze było poprawne. - To nie jest miejsce dla dzieci.
- Nie jestem dzieckiem – fuknęła obrażona. W łazience obmyśliła pewien plan. – I lepiej bądź dla mnie miła, bo inaczej mój tata cię zwolni, o tak!
- Och… - Jennifer się zmieszała. – To ty jesteś córką dyrektora? To znaczy, pana Collinsa?
- Tak, Jenny, tak – powiedziała, uśmiechając się lekceważąco. – Zaprowadź mnie do jego gabinetu.
- Dobrze, chodźmy.
Leen szła za panną Holsey, lawirując między kamerami.
- Mogę spytać, co ty robisz? Czemu tak dziwnie chodzisz? – Jennifer obserwowała, jak Leen po raz kolejny minęła kamerę.
- Nie możesz.
Kobieta westchnęła. Ona nigdy nie będzie mieć dzieci. Nigdy.
W końcu stanęła przed drzwiami gabinetu.
- Twojego taty na razie nie ma, ale będzie za kilkanaście minut.
- Świetnie – powiedziała Aileen i otworzyła drzwi. Jednak jej przewodniczka nie miała zamiaru odejść. – Poradzę sobie.
- Ale…
- Powiedziałam, że sobie poradzę – Dziewczyna zmrużyła niebezpiecznie oczy. – Ale jestem w stanie zaakceptować, że jest pani głucha, jeśli nie chce pani już tu pracować.
- Otrzymaliśmy polecenie, by nie wpuszczać nikogo do…
- Ojej – zmartwiła się Aileen. – Pani naprawdę ogłuchła! Jakie to straszne. Lepiej niech zacznie pani szukać nowej pracy. Zdaje się, że w McDonaldzie szukają kogoś, kto będzie smażył frytki.
- Naprawdę? – zdziwiła się Jennifer.
- Nie, na żarty. Pójdziesz sobie czy mam wezwać ochronę?
Leen miała już tego powoli dość. Czas się kończył.
- Dobrze. Do widzenia.
Panna Holsey uśmiechnęła się uprzejmie i oddaliła się w stronę jakiegoś mężczyzny. Chwilę rozmawiali, w pewnej chwili roześmiała się.
- Jak to, szpiedzy? Nie żartuj sobie, nie żyjemy w komiksie.
Aileen uśmiechnęła się pod nosem, wchodząc do gabinetu.
..::Zespół pierwszy::..
..::Schody::..
Chris i Nessa siedzieli na schodach już dłuższy czas, czekając na jakiś znak od ich partnerki.
- Rany… Co ona tak długo robi? – jęknął chłopak. – W tym czasie mógłbym już spać.
Blondynka była już bardzo zirytowana faktem, że Chris totalnie nie zwraca na nią uwagi. Jego jęczenia nie zniesie.
- Zamknij się. – warknęła.
- Przepraszam. – ziewnął.
Przeprasza? Zdziwienie musiało się odmalować na twarzy Vanessy.
- Co jest? – spytał blondyn.
- Nic.
Och, Leen, pośpiesz się, pomyślała Nessa, ten czas i miejsce mi nie sprzyjają!
Chris zamknął oczy. Był tak zmęczony, że nie miał siły myśleć. Kompletnie nie zwracał uwagi na siedzącą obok dziewczynę. Najchętniej znalazłby się we własnym, miękkim łóżku… Tak, to byłoby coś.
Odbija mi, stwierdził chłopak, totalnie mi odbija.
-
Mam. Wynośmy się stąd. - W jego słuchawce rozbrzmiał głos Aileen.
- Dzięki Bogu, nareszcie. – powiedział równocześnie z Nessą. Oboje wstali.
- Niech to się już skończy – jęknęła dziewczyna. – Jak niby mamy stąd wyjść?
- Chyba musimy improwizować…
..::Zespół drugi::..
..::Gabinet głównego dyrektora::..
Aileen dość szybko znalazła listę. Leżała w kopercie z napisem „LISTA” na biurku. Nie otwarta. Na szczęście. Prześwietliła jej zawartość, na wypadek, gdyby to jednak nie było to.
- Mam. Wynośmy się stąd. – powiedziała do mikrofonu.
-
Dzięki Bogu, nareszcie.
Dziewczyna się uśmiechnęła. Mogła się spodziewać czegoś podobnego. Schowała listę i wyszła z gabinetu. Panny Holsey i faceta już nie było. Ponownie omijając kamery, doszła do windy. Nacisnęła przycisk z napisem „Jesteś TU”, obok widniała liczba siedemnaście.
Drzwi się rozsunęły, Aileen z ulgą stwierdziła, że nie ma żadnej kamery. Weszła do windy i przycisnęła guzik „20”.
Kilka chwil później wysiadła na najwyższym piętrze. Usłyszała coś i zastygła w bezruchu, by łatwiej było jej zlokalizować dźwięk.
Kroki.
Omijając obszar kamer wbiegła na schody w górę. Były opatrzone tabliczką „Dach”.
Na szczycie była klapa, do której potrzebny był klucz. Dziewczyna ponownie użyła lasera i pchnęła klapę w górę. Szybko się podciągnęła, nie miała czasu, żeby szukać drabinki. Nie była najsprawniejsza na świecie, jeśli chodzi o mięśnie rąk, więc pomogła sobie odbijając się nogami od ściany. Zamknęła klapę i rozejrzała się dokoła. Niedaleko unosił się helikopter. Teraz już z górki, pomyślała. Wyłączyła wszystkie funkcje okularów i ponownie przywróciła je do postaci latarki.
Spojrzała w niebo. Było na nim pełno gwiazd. Czyżby misja trwała dłużej niż przypuszczała?
Stanęła pod helikopterem.
- Matt, lina. – zawołała. Z pokładu opadła drabinka linowa, po której dziewczyna się wspięła.
- Masz? – To były pierwsze słowa pilota.
- Tak – Dziewczyna wyjęła kopertę z listą. – Weź ją ode mnie, mam jej dość.
Matt odetchnął z ulga i schował listę.
- A gdzie tamta dwójka?
- Nie wiem. Rozdzieliliśmy się.
..::Zespół pierwszy::..
..::Schody::..
- Chodźmy do tej łazienki. Wyjdziemy tak samo, jak weszliśmy. – powiedział Christian. Nessa kiwnęła tylko głową. Ochroniarze szukali ich piętro niżej, więc spokojnie doszli tam, gdzie chcieli.
- Ale żenada… - mruknęła blondynka, wchodząc do męskiej toalety. W łazience nikogo nie było. Na szczęście. Chłopak tylko się roześmiał i stanął pod wywietrznikiem.
Wystrzelił hak z liny przy pasie do szybu, a gdy usłyszał zgrzyt – metal zaczepił się o coś na dachu – nacisnął przycisk przyciągania. W ten sposób zniknął w szybie. Nessa również wystrzeliła hak. W tym momencie drzwi łazienki się otworzyły.
- Co do cholery…? – warknął jeden z ochroniarzy, który wcześniej ich ścigał.
- Cześć. – Dziewczyna się uśmiechnęła. Ochroniarz rzucił się w jej stronę, ale ona zdążyła już uciec do szybu.
..::Helikopter::..
Aileen wykorzystała okazję i zdrzemnęła się na fotelu. Matt obiecał jej nie budzić, dopóki nie będą przy jej bloku.
Chris i Nessa wdrapali się po drabince na pokład. Padli zmęczeni na dwa pozostałe fotele. Chłopak zasnął od razu, tak jak Leen, a Vanessa siedziała naprzeciwko nich z zamkniętymi oczami. Po jakimś czasie również zasnęła.
Jakąś godzinę później odezwał się Matt:
- Aileen?
Odpowiedziało mu tylko ciche chrapanie. Westchnął i podszedł do śpiących agentów. Zakrył sobie ręką usta, by nie obudzić wszystkich śmiechem.
- Leen, obudź się. Tu wysiadasz. – szepnął potrząsając jej ręką. Dziewczyna otworzyła zaspane oczy. Przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje. Zobaczyła uśmiechającego się Matta, który patrzył na coś, poniżej jej głowy. Spojrzała w dół i omal się nie zakrztusiła. Głowa Chrisa leżała na jej kolanach, a jego ręce oplatały jej nogi.
Przez chwilę serce jej mocniej zabiło, ale spodziewała się po sobie innej reakcji. Zupełnie innej reakcji – jak chociażby śmierć ze szczęścia. A miała ochotę tylko go z siebie zrzucić.
- Ee… Chris? – Dźgnęła chłopaka palcem.
- Tak, mamo?
- Złaź ze mnie.
- Co? – Chłopak otworzył oczy. – Leen? Co ty robisz?
- Co ja robię? – spytała ironicznie i wstała. Blondyn sturlał się na podłogę. – Do zobaczenia. Pożegnaj ode mnie Nessę.
..::Później::..
..::Pokój Aileen::..
Dziewczyna leżała już w łóżku. Nie wiedziała, która była godzina, ale robiło się coraz jaśniej. Niezbyt długo sobie pośpi.
Jednak zanim zasnęła, do głowy wpadła jej jedna, dziwna myśl…
Chris nie jest wcale taki wspaniały.
komentarze [8]Notka o tytule: Rozdział I
Napisana dnia: poniedziałek, 11 grudnia 2006
O godzinie: 19:21:02
A więc...
..::Seoth City::..
..::Plac zabaw::..
Był już wieczór, robiło się ciemno. Jednak to nie przeszkadzało dzieciom z osiedla w centrum Seoth wesoło się bawić. Krzyki i śmiechy było słychać wszędzie.
Na huśtawce siedział mały chłopczyk o brązowych włosach i ładnych, zielonych oczach. Rozglądał się uważnie po niebie.
- Cześć, David.
Podeszła do niego dziewczynka. Nawet na nią nie spojrzał. Był zajęty. Szukał.
- David?
Dziewczynka pomachała mu małą rączką przed oczami. Dopiero wtedy się ocknął.
- Cześć, Marie. - powiedział.
- Na co patrzysz? Nie ma jeszcze tych ładnych, świecących kropek.
- Masz rację. Nie ma.
Zauważył coś. Mały punkt wyleciał zza odległego budynku.
Jego dziecięca twarz rozjaśniła się w uśmiechu. Helikopter.
- Muszę wracać do domu, Marie - powiedział. - Do zobaczenia.
- Tak, pa.
Dziewczynka patrzyła, jak jej nowy znajomy biegnie co sił w nogach do bloku oznakowanego tabliczką z numerem 5. Uśmiechnęła się. Poznała Davida dziś rano, gdy się wprowadzał. Był dziwny.
Ale go lubiła.
David stanął przed windami. Rodzice nie pozwalają mu samemu nimi jeździć. Jest za mały i za lekki. Mogą się zaciąć.
Ale wchodzić po schodach na trzynaste piętro?
Jedna z wind stanęła na parterze. David z wysiłkiem otworzył ciężkie drzwi, a później rozejrzał się po konsoli z guzikami. Ten z numerem 13 był wysoko. Za wysoko.
Chłopiec podskoczył kilka razy. Ale nie mógł go dosięgnąć.
- Och, proszę - jęknął. - Aileen zaraz będzie w domu...
Usłyszał kroki. Ktoś chodził po korytarzu.
- Co robisz, kochanie? - Starsza pani weszła do windy.
David wiedział, że nie nigdy polubi zapachu perfum swojej sąsiadki. Pachniała jak lekarstwa. Obrzydlistwo!
- Śpieszę się, proszę pani.
- Pomogę Ci.
Staruszka nacisnęła odpowiedni przycisk. Winda ruszyła.
Na trzynastym piętrze starsza pani przytrzymała drzwi, żeby David mógł wyjść, po czym udała się do swojego mieszkania. Chłopiec pobiegł do drzwi opatrzonych tabliczką z numerem 73 i z łoskotem wpadł do mieszkania.
..::Nad osiedlem w centrum::..
Helikopter z ozdobnym logo MSR przez chwilę latał w koło. Wreszcie zawisł nad jednym z bloków. Drzwi się otworzyły.
- Wystarczająco nisko, Leen? - zawołał pilot. Dziewczyna, stojąca na krawędzi, uśmiechnęła się.
- Jasne. Do zobaczenia, Matt.
Spojrzała w dół. Skoczyła.
Helikopter odleciał. Pomachała mniej więcej w kierunku pilota i podeszła do krawędzi bloku. Odpięła od paska linkę, zaczepiła o jedną z anten. Ktoś z jej sąsiadów będzie miał lekkie zakłócenia.
Czemu tu nie ma żadnego otwartego wejścia na dach - lub wyjścia z dachu, w tym wypadku? To by znacznie ułatwiło sytuację, pomyślała.
O ile helikopter latający nad blokiem nie jest sensacją, o tyle gdyby lądował na osiedlu, powstałoby tysiąc plotek. A jeśli jeszcze ktoś zobaczyłby, jak Leen z niego wychodzi, sąsiedzi nie daliby jej spokojnie żyć.
Zaczęła się ostrożnie spuszczać po jednej ze ścian. Po kilku metrach miała już dość.
- Nienawidzę tego - sapnęła.
Zablokowała linkę - teraz nareszcie może ją puścić. Nigdy nie miała silnych rąk.
Spojrzała w dół. Była mniej więcej na wysokości siedemnastego piętra. Delikatnie odblokowała linkę i zaczęła spuszczać się dalej. Na jej twarz wstąpiły kropelki potu, dłonie powoli stawały się odrętwiałe.
Czternaste piętro. Nareszcie.
Aileen stanęła na balustradzie. Odpięła i zwinęła linkę, poczym zręcznie przeskoczyła na balkon niższego piętra. Drzwi były zamknięte, więc musiała wejść przez okno.
Gdy znalazła się już w swoim pokoju napadła na szafę. Wyjęła pierwsze lepsze ubranie, którym okazała się być długa wieczorowa sukienka, którą miała na sobie na ostatnich urodzinach babci, i szybko się przebrała. Elastyczny, obcisły kombinezon MSR rzuciła niedbale na dno szafy, trzasnęła w pośpiechu drzwiczkami i padła się na łóżko. Chwyciła pierwszą gazetę, którą zauważyła w zabałaganionym pokoju, otwierając ją na bylejakiej stronie.
Dosłownie sekundę później drzwi się otworzyły.
Stanęła w nich szczupła kobieta. Na nosie miała okulary, a w ręce łyżkę.
- Aileen, kolacja - odezwała się. Dziewczyna kiwnęła głową i spojrzała na gazetę. Chwilę zakłopotania, w której zdała sobie sprawę, że trzyma ją do góry nogami, ukryła szerokim uśmiechem.
- Już idę, mamo.
- Dlaczego masz to na sobie?
Pani Neveu przyjrzała jej się, trochę zdziwiona.
- Chciałam sprawdzić czy wygodnie się w niej leży.
Kobieta uśmiechnęła się niepewnie i wyszła. Aileen odrzuciła gazetę w róg pokoju i podeszła do szafy. Chwyciła kombinezon i odarnęła ubrania, szukając małego przycisku. Nacisnęła go kciukiem, obserwując, jak zamontowana w szafie drewniana ścianka obraca się, ukazując stroje MSR. Kombinezon również miał tam swoje miejsce.
Ponownie wcisnęła przycisk i poszła do jadalni. Zajęła jedno z miejsc przy stole i czekała, aż dostanie talerz.
Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi, które sekundę później trzasnęły, i jakiś tupot, a po chwili do pomieszczenia wbiegł David.
- Cześć, Leen - zawołał. Dziewczyna uśmiechnęła się do brata i potargała mu włosy.
- Siemasz, brzdącu.
- Dave, umyj ręce - skarciła go mama, gdy przysiadł się do stołu. Chłopiec z miną męczennika podreptał do łazienki. Wrócił bardzo szybko, nie zadajac sobie nawet trudu by chociaż wysuszyć dłonie.
- Jak ci minął dzień? - spytał tata Leen, przysuwając sobie krzesło. Był to wysoki blondyn, również nosił okulary.
Aileen się zastanowiła. Jej rodzina właśnie się przeprowadziła, a ona miała zwiedzać nowe miasto. Ale dostała wiadomość tuż po wyjściu z mieszkania. Wybiegła z bloku prosto do pojazdu MSR. Później helikopterem do Los Angeles. Skomplikowana akcja z innymi agentami w jednym z tych ogromnych budynków prawie zakończona wpadką, "wyluzowywanie się" na tamtejszej plaży z okazji udanej misji, kilkanaście kartek raportu do wypełenienia - niekoniecznie na serio, w wykonaniu Leen. I powrót do domu.
- Dobrze - powiedziała niepewnie. - Tak, było fajnie.
- Poznałaś kogoś? - spytała jej mama.
- Hm, nie. - Leen poczuła, że zaraz zwalą się na nią stosy pytań. Nie lubiła tego, bo nigdy nie wiedziała, co odpowiedzieć. Musiała coś wymyślić. I to szybko.
W takich momentach szczególnie się cieszyła, że ma młodszego brata. Często był wkurzający, ale jednak go kochała. Poza tym, młodsze rodzeństwo lepiej jest mieć po swojej stronie. Gdyby nie to, rodzice już dawno temu dowiedzieliby się, że ich ukochana córeczka co jakiś czas jest zabierana z domu przez helikopter.
Aileen wiedziała, że David, w przeciwieństwie do niej, lubi być wypytywany o różne rzeczy - no, w końcu to jeszcze mały dzieciak.
- A co u ciebie, Dave? - spytała wesoło, podnosząc łyżkę zupy.
- Fajnie jest. Podoba mi się.
Chłopiec zajął się opowiadaniem ze szczegółami, jak minął mu dzień.
Kilka minut później Leen włożyła talerz do zmywarki i poszła do swojego pokoju. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Położyła się na łóżku i ziewnęła przeciągle. Te ciągłe misje ją wykańczają. W wakacje było jeszcze dobrze, ale od jutra zaczyna się rok szkolny. Bez wątpienia Leen ominie niejedną lekcję.
Rodzice zapisali ją do liceum Avalon. Tyle dobrze, że idzie do pierwszej klasy, więc nie będzie odmieńcem, który nikogo nie zna.
No, w końcu nikt nie będzie się znał.
Dziewczyna wstała z łóżka i podeszła do lustra. W odbiciu zobaczyła niewysoką, szczupłą dziewczynę o dziwnym kolorze włosów, coś pomiędzy pomarańczowym, blondem i brazowym, i oczach jak płynne złoto.
Uśmiechnęła się.
Kiedyś miała też własnoręcznie zrobione pasemka, ale się zmyły. I całe szczęście, bo niezbyt jej się udały. Wyglądały tak, jakby zaszła za skórę pijanej fryzjerce. Chodziła wtedy w czapce przez prawie pół roku. Chociaż teraz nie wyglądała tak bardzo inaczej. Jej włosy skręcały się w przeróżne strony, dając niecodzienny efekt. Chcąc mu zapobiec, Leen wstawała kiedyś wcześniej o pół godziny i układała włosy pianką, ale w końcu dała sobie spokój. Mimo że lubiła dobrze wyglądać, jeszcze bardziej lubiła być wypoczęta - co niestety nie zdarzało się zbyt czesto w jej fachu - musiała więc z czegoś zrezygnować. Padło na włosy.
Położyła piżamę na łóżku, wyszła z pokoju i skierowała się w stronę łazienki. Było to pomieszczenie prawie tak duże, jak jej nowy pokój. Wyłożone błękitnymi płytkami ściany idealnie kontrastowały z podłogą w kolorze granatowym.
Aileen weszła po prysznic, odkręciła gorącą wodę. Która po chwili przestała lecieć.
- Ej! Co jest? – burknęła zdenerwowana. Owinęła się ręcznikiem, który kupiła w tanim sklepiku w Irlandii podczas jednej z misji i wyszła z łazienki. Nabrała w płuca powietrze i już miała zawołać tatę, żeby coś z tym zrobił, gdy poczuła, jak ktoś zasłania jej usta dłonią, tak że nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Z własnego doświadczenia wiedziała, że szarpanie się nic nie daje. Podniosła ręce od góry na znak, że będzie cicho.
- Cześć, Leen. – usłyszała cichy szept koło swojego prawego ucha. Od razu poznała głos. Poczuła, że nic już nie zasłania jej ust.
- Nessa – mruknęła, szczerząc zęby w uśmiechu. – Co ty tu robisz?
- Musieliśmy Cię jakoś wyciągnąć z łazienki. Nie odbierałaś sygnału, a jesteś nam potrzebna – Blondwłosa dziewczyna uśmiechnęła się figlarnie. Jej bardzo przenikliwe, zielone oczy oglądały korytarz. Aileen zauważyła, że przyjaciółka ma na sobie kombinezon MSR.
- Jak to, musieliście? – spytała. – Chcesz powiedzieć, że…
- Tak jest – Vanessa się uśmiechnęła – Nowa misja.
- Nie, nie. Chcesz powiedzieć, że jest tu jeszcze ktoś? Ktoś kto wyłączył wodę?
- Hm, tak. Chris.
- Chris? – zawołała Leen, odruchowo ściskając ręcznik.
- Nie drzyj się tak - syknęła Nessa, nerwowo oglądając się w stronę salonu, z którego dochodził głos spikera telewizyjnego i odgłosy rozmowy.
- Okay, idę się przebrać.
- Zobaczymy się w helikopterze, na razie.
Blondynka wyszła po cichu z mieszkania i udała się w stronę balkonu korytarzowego. Aileen odetchnęła głęboko. Wzięła powietrze w płuca.
- Mamo, tato, idę spać – wrzasnęła, żeby chociaż trochę zagłuszyć telewizor. – Nie budźcie mnie, jestem zmęczona.
- Dobranoc, skarbie. – odkrzyknęła jej mama.
Brunetka weszła do pokoju. Spłynęła na nią ulga. Christian był chyba najprzystojniejszym chłopakiem w agencji. I do tego kręcił się gdzieś po jej mieszkaniu. Gdyby zobaczył ją w tym ręczniku, chyba umarłaby ze wstydu.
Spojrzała na łóżko, gdzie spodziewała się zobaczyć swoją piżamę.
- Chris?! – wrzasnęła, cofając się gwałtownie. Za plecami poczuła zamknięte drzwi.
- Cześć, Leen – odparł wesoło chłopak, wylegując się na łóżku dziewczyny. Spojrzał na nią. – Ups, przepraszam. – zachichotał i odwrócił głowę w inną stronę. Potargane blond włosy opadły mu na czoło, zasłaniając niebieskie oczy.
Aileen zrobiła się czerwona. Właśnie straciła szansę, żeby zdobyć jego serce. Oczywiście, kochała się w Chrisie, jak chyba wszystkie dziewczyny z MSR w jej wieku.
- Spadaj stąd. – warknęła, starając się, by jej głos nie zdradził zdenerwowania.
- Spoko, Leen. Możesz się tu przebrać.
- Chris, masz może problem ze słuchem? – spytała uprzejmie.
- Dobra, dobra.
Blondyn zrobił niezadowoloną minę i powlókł się w stronę okna. Otworzył je i zgrabnie wyskoczył na balkon, z którego wspiął się po drabince linowej w górę, prawdopodobnie do helikoptera, nie zapominając jej pomachać.
Dziewczyna prychnęła oburzona. Szybko podeszła do szafy i wciągnęła na siebie ciemnofioletowy kombinezon MSR. Wyszła na balkon i zaczęła się wspinać po drabince.
Gdy znalazła się na pokładzie helikoptera, zauważyła, że są tam tylko cztery, łącznie z nią, osoby. Nessa, Christian i pilot Matt.
– Zróbcie to bez zwracania niczyjej uwagi. To ma być krótka misja. Rozumiecie? – odezwał się Matt.
Cała trójka kiwnęła głowami.
Helikopter ruszył.
komentarze [3]Notka o tytule: Światła, kamera, akcja! :P
Napisana dnia: niedziela, 10 grudnia 2006
O godzinie: 20:14:56
A więc...
Cześć, oto mój kolejny blog z opowiadaniem xP Nie powiem który z kolei, bo nie pamiętam ;]
O czym będzie? No, nie wdajac się w szczegóły, o agentce. Wiem, że jest dużo takich historii. Ale niektórzy z was być może będą chcieli poznać moją.
Pierwsza notka prawdopodobnie już jutro :)
komentarze [2]